testata home POL ok
wtorek, 03 wrzesień 2019 08:32

Pracować na cud

Pracować na cud pixbay.com
Wychowawczyni  vs krnąbrna 7latka. Jedna próbuje za wszelką cenę czegoś nauczyć, druga chce, by wszystko było po jej myśli, przez co terroryzuje całe otoczenie zachowując się momentami jak dzikie zwierzątko. Brzmi znajomo? Nie, to nie opis lekcji w klasie I.

Film  „Cudotwórczyni” („The Miracle Worker”) z 1962 roku z Anne Bancroft i Patty Duke opowiada opartą na faktach historię, a w zasadzie wycinek z życia Hellen Keller, głuchoniemej i niewidzącej dziewczynki oraz jej nauczycielki. Nie wiadomo która bohaterka jest na pierwszym planie – nauczycielka, Annie Sullivan, słabo widząca, dopiero co po ukończeniu szkoły, uparta i silna charakterem kobieta, czy też dziecko, które bynajmniej nie odstaje od niej w uporze i hardości, ale i w bystrości umysłu. Cały film skupia się przede wszystkim na swoistej walce pomiędzy nimi.

Film może być podstawą do refleksji na wielu płaszczyznach, ale ja chciałabym się skupić na jednej. Od 10 lat pracuję z dziećmi i młodzieżą. Uczyłam w przedszkolach, szkołach publicznych i prywatnych, jeździłam na kolonie z młodzieżą i w każdej praktycznie grupie było dziecko mniej lub bardziej podobne do Helen, to znaczy zamkniętej w swoim świecie ale zarazem mocno próbującej skomunikować się z innymi. Niestety z powodu niemożności robi to jedyny sposób, który jej wychodzi – mniej lub bardziej rozrabiając.

Wiele już zostało napisane, żeby zdiagnozować problem rosnącej liczby dzieci z problemami zachowania – to kwestia braku wychowania, nieobecności rodziców, nadopiekuńczości, kreskówek, Internetu, jedzenia, braku ruchu, niekompetentnych nauczycieli,  itd. Każdy może dopisać swoją interpretację. Pewnie każda z nich ma w sobie część prawdy. Prawdą jest też, że taki mamy teraz świat, nie da się od niego odgrodzić. Możemy zmieniać mały światek blisko nas, ale nie zmienię już sąsiada i jego sposobów wychowawczych. Nie wybiorę sobie też dzieci w klasie do uczenia. Ba! Nawet tak naprawdę dziecka w rodzinie nie będę w stanie od tych czynników odsunąć. Sprawa beznadziejna?Tak się mogło wydawać też Annie Sullivan. Próbowała w każdy dosłownie sposób okiełznać małą Helen, używając momentami środków, które w dzisiejszych czasach sprowadziłyby na nią kuratora i zakaz pracowania z dziećmi i młodzieżą. Wtedy (koniec XIX w.) nie musiała się tego obawiać i w sumie udało się jej opanować zachowanie dziewczynki, która zaczęła jeść z talerza widelcem, czesać się, nie krzyczeć, gdy czegoś chciała – zachowywała się w końcu jak cywilizowany człowiek. A mnie? Ile to razy przychodziła myśl  do głowy, żeby Jasiek czy Ada choć do końca lekcji, choć na 5 minut nie gadali, nie przeszkadzali i siedzieli jak cywilizowani?

Jednak Annie przeczuwała, że to szybko się może zmienić, bo jest oparte na tresurze, przymusie. Przychodzi mi na myśl „Mit o jaskini” Platona. Ja – wychowawca, uwolnię cię z kajdan, wyprowadzę cię z jaskini do prawdziwego świata. To nie zadziała, uczeń za chwilę wróci do swoich sposobów życia, bo za bardzo czuje się z nimi związany, tak się nauczył i widzi, że jego sposób zachowania działa, to znaczy otrzymuje to, czego chce. Póki sam nie zrozumie, że może zerwać łańcuchy, wstać, odwrócić się i zacząć podążać ku wyjściu (w towarzystwie wychowawcy, ale jednak samodzielnie), póty ta zmiana nie będzie prawdziwa.Musi zaistnieć ten moment, w którym coś zaskoczy. Nie może tego zrobić sam wychowawca, to się dzieje w uczniu i tylko w nim. To jakby ktoś nam chciał wytłumaczyć jakąś zagadkę logiczną. Słuchamy jej 5 razy i 5 razy ktoś nam ją tłumaczy i dalej nie rozumiemy. Aż nagle nie wiadomo dlaczego za 6 razem coś przeskakuje i rozwiązanie wydaje nam się oczywiste. Wychowawca jest potrzebny i to ogromnie, ale jako towarzysz. W końcu to on tłumaczy, daje warunki do tego, żeby przynajmniej zaistniała możliwość zrozumienia, ale nie może zmusić  do zaistnienia tego przeskoku. Ma towarzyszyć, trwać, wspierać,  próbować i być cierpliwym, bo nie wiadomo, w którym momencie  stanie się „cud”. Film rewelacyjnie to pokazuje i dlatego warto, żeby zapoznał się z nim każdy, kto ma do czynienia w jakiś sposób z wychowaniem.  

Skąd brać siły, żeby trwać, próbować i być cierpliwym w próbowaniu? Myślę, że dla nas, chrześcijan, odpowiedź jest jedna. Ale nie powiem, że jest ona prosta, bo sama nie zawsze mam siłę. Wiem, że kilkakrotnie mi tej cierpliwości zabrakło, bo „nie ma czasu”, „bo tak łatwiej”, bo „i tak to nic nie da”, „bo mam obok 20 innych dzieci”… Jednak mimo wszystko, mimo pojawiającego się zniechęcenia, wiem, że warto. Chrystus też „siał” i szedł dalej. Czasem Słowo się marnowało, ale ile zostało i przez 2000 lat na nowo daje plon? Bez tej wiary, że kiedyś coś zaskoczy, bycie wychowawcą, nauczycielem nie ma sensu. A kto wie ile razy przeciętny nauczyciel stał się „Cudotwórcą”, nawet o tym nie wiedząc?
Read 451 times Last modified on wtorek, 03 wrzesień 2019 08:38
More in this category: « Święty Dominik i Kościół

Leave a comment

Make sure you enter all the required information, indicated by an asterisk (*). HTML code is not allowed.

Używanie plików cookie przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania tej strony i promuje poprawę usług oferowanych użytkownikowi. Dostęp do zawartości strony i korzystanie z usług oznacza akceptację użycia plików cookie.