- Szczegóły
- Odsłon: 1166
W maju 2019 roku zaczęłyśmy działalność w miejscowości Bhuvanapalli. Znajduje się ona w stanie Andhra Pradesh, i należy do diecezji Eluru. To piękne, zielone miejsce, otoczone przez pola i stawy rybne. Mieszkamy na terenie parafii, gdzie jest kościół, dom parafialny, szkoła i nasz mały klasztor. W okolicy jest kilka rodzin katolickich, a wiele rodzin należy do różnych wyznań chrześcijańskich. Parafia ma czternaście placówek w okolicznych wioskach. 

Tak jak na całym świecie, także i u nas parnuje koronawirus. Premier naszego stanu wprowadził podział na 3 strefy, oparty na ilości osób zarażonych, aby w ten sposób skuteczniej zwalczać epidemię. W czerwonej strefie jest najwięcej przypadków wirusa, oznacza to ścisłe reguły ograniczenia ruchu. W strefie żółtej chodzi o ograniczenie zarażenia. W strefie zielonej nie występują przypadki choroby, ale także trzeba przestrzegać zasad... my na razie jesteśmy w strefie zielonej.
Z powodu kwarantanny szkoły są zamknięte i nie wiemy, kiedy będą otwarte. Większość uczniów pochodzi ze wsi, więc nie mają dostępu do internetu i komputerów, aby brać udział w lekcjach on line. To oznacza, że musimy znaleźć inne sposoby, aby im pomóc. Stworzyłyśmy grupy w Whatsapp dla każdej klasy, gdzie wysyłamy materiał do nauki izadania na każdy dzień. W szkole jest około 430 dzieci, od przedszkola do 10 klasy. Niestety, tylko mniej niż połowa rodzin ma telefon komórkowy. Innym na razie nie jesteśmy w stanie pomóc. Staramy się zachęcić dzieci, które otrzymują wiadomości ze szkoły, żeby przekazały je także sąsiadom, którzy nie mają telefonów. Kiedy szkoły będą znowu otwarte, będziemy się starały w jakiś sposób nadrobić stracony czas. W zadaniach, które przesyłamy, są też projekty do wykonania, dzieci wysyłają je do nauczycieli do sprawdzenia. Dzieci z sąsiedztwa mogą do nas przychodzić, więc pomagamy im w nauce angielskiego.
Rząd planuje, że kiedy szkoły będą znowu otwarte, nie będzie wolnych dni z okazji świąt hinduistycznych, ani Bożego Narodzenia, wszystko po to, by nadrobić stracony czas.
Olivia
Z powodu kwarantanny szkoły są zamknięte i nie wiemy, kiedy będą otwarte. Większość uczniów pochodzi ze wsi, więc nie mają dostępu do internetu i komputerów, aby brać udział w lekcjach on line. To oznacza, że musimy znaleźć inne sposoby, aby im pomóc. Stworzyłyśmy grupy w Whatsapp dla każdej klasy, gdzie wysyłamy materiał do nauki izadania na każdy dzień. W szkole jest około 430 dzieci, od przedszkola do 10 klasy. Niestety, tylko mniej niż połowa rodzin ma telefon komórkowy. Innym na razie nie jesteśmy w stanie pomóc. Staramy się zachęcić dzieci, które otrzymują wiadomości ze szkoły, żeby przekazały je także sąsiadom, którzy nie mają telefonów. Kiedy szkoły będą znowu otwarte, będziemy się starały w jakiś sposób nadrobić stracony czas. W zadaniach, które przesyłamy, są też projekty do wykonania, dzieci wysyłają je do nauczycieli do sprawdzenia. Dzieci z sąsiedztwa mogą do nas przychodzić, więc pomagamy im w nauce angielskiego.
Rząd planuje, że kiedy szkoły będą znowu otwarte, nie będzie wolnych dni z okazji świąt hinduistycznych, ani Bożego Narodzenia, wszystko po to, by nadrobić stracony czas.
Olivia
- Szczegóły
- Odsłon: 860
27 marca papież zaprosił nas wszystkich do wspólnej modlitwy i adoracji eucharystycznej; na końcu, w błogosławieństwie, wyraził całą wiarę Kościoła, który otrzymuje odpust zupełny od Chrystusa, „Boga-z-nami”, obecnego w Eucharystii. Także w tych trudnych czasach, kiedy księża sprawują Eucharystię, ale sakramentalnie nie może łatwo dotrzeć do wiernych.
Wydaje mi się, że w tej modlitwie papież Franciszek przypomniał nam swoją funkcję wikariusza Jezusa Chrystusa, co oznacza, że za pośrednictwem sakrametnów daje nam udział w życiu Jezusa.
Intensywna, emocjonalna modlitwa papieża przyniosła przed oblicze Boga ból i miłość, zagubienie i potrzeby świata, a udzielając wiernym „odpustu zupełnego w formie ustalonej przez Kościól” – co oglosił kard. Comastri – dał nam dostęp do daru miłosierdzia, wypływającego bezpośrednio z serca Chrystusa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8).
Jezus mówi do nas, tak jak do Samarytanki „Jestem nim Ja, który z tobą mówię” (J 4, 26). Nie zatrzymujmy się przy formach zewnętrznych, przy miejscach, z którymi jesteśmy związani uczuciowo (czy to jest miejsce, gdzie należy czcić Boga? por. w. 20), bo w ten sposób możemy stracić z oczu Zbawcę, który chce rozmawiać z nami i szuka miejsc i sytuacji, w których będzie nam bliski, także w trudnościach dzisiejszych czasów.
Milczenie Eucharystii sprawia, że milkną dyskusje i polemiki, które sprawiają, że traci się energię i marnuje się czas; to milczenie zaprasza, abyśmy współpracowali w codziennych troskach i dramatach, spowodowanych przez izolację i abyśmy byli w stanie rozpoznać głos Chrystusa w zdumiewającej solidarności i wyrzeczeeniach tylu bohaterów codziennych obowiązków: „Jestem nim Ja, który z tobą mówię”. To On jest „miejscem” spotkania „w Duchu i prawdzie”, gdzie poza wszelkimi schematami i słowami, adoracja pozwala nam spotkać Ojca, tak jak On tego chce: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mc 9,7).
Wydaje mi się, że w tej modlitwie papież Franciszek przypomniał nam swoją funkcję wikariusza Jezusa Chrystusa, co oznacza, że za pośrednictwem sakrametnów daje nam udział w życiu Jezusa.
Intensywna, emocjonalna modlitwa papieża przyniosła przed oblicze Boga ból i miłość, zagubienie i potrzeby świata, a udzielając wiernym „odpustu zupełnego w formie ustalonej przez Kościól” – co oglosił kard. Comastri – dał nam dostęp do daru miłosierdzia, wypływającego bezpośrednio z serca Chrystusa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10,8).
Jezus mówi do nas, tak jak do Samarytanki „Jestem nim Ja, który z tobą mówię” (J 4, 26). Nie zatrzymujmy się przy formach zewnętrznych, przy miejscach, z którymi jesteśmy związani uczuciowo (czy to jest miejsce, gdzie należy czcić Boga? por. w. 20), bo w ten sposób możemy stracić z oczu Zbawcę, który chce rozmawiać z nami i szuka miejsc i sytuacji, w których będzie nam bliski, także w trudnościach dzisiejszych czasów.
Milczenie Eucharystii sprawia, że milkną dyskusje i polemiki, które sprawiają, że traci się energię i marnuje się czas; to milczenie zaprasza, abyśmy współpracowali w codziennych troskach i dramatach, spowodowanych przez izolację i abyśmy byli w stanie rozpoznać głos Chrystusa w zdumiewającej solidarności i wyrzeczeeniach tylu bohaterów codziennych obowiązków: „Jestem nim Ja, który z tobą mówię”. To On jest „miejscem” spotkania „w Duchu i prawdzie”, gdzie poza wszelkimi schematami i słowami, adoracja pozwala nam spotkać Ojca, tak jak On tego chce: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mc 9,7).
- Szczegóły
- Odsłon: 939
Od samego początku istnienia człowieka można usłyszeć pytanie Boga, które wypowiada do Swojego stworzenia: “Gdzie jesteś?” (Rdz 3, 9)
Wielki Post jest nam dany jako czas poprawy kontaktu z Bogiem, i który bierze swój początek z samej „woli Boga prowadzenia dialogu ze swoimi dziećmi”, jak przypomina nam papież Franciszek w Orędziu na Wielki Post 2020. Jest to czas na nasze odpowiedzi i na ożywienie pytań.
Słowo Boga nas prowokuje, ukazuje Jego oczekiwania i projekty. Stawia pytania, które mają za zadanie zburzyć mury naszych lęków, nieufności, lenistwa i apatii. To, czego nie znajdziemy w Biblii mamy wypełnić naszymi osobistymi odpowiedziami. „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha” (Mk 4,9). Jedynie ten, kto potrafi zrobić miejsce dla drugiego, który mówi, jest w stanie dać odpowiedź.
W ten sposób również okoliczności życia – osobistego czy wspólnego, wzywają do naprawy naszych relacji międzyludzkich. Jesteśmy przecież stworzeni na obraz i podobieństwo Boga - Trójcy, wezwani do upodabniania się do Niego właśnie w życiu w dialogu opartym na wolności, który nie skupia się na sobie, ale jest otwarty na drugiego.
40 dni wędrówki Izraela po pustyni mogą stać się metaforą naszych dróg życia. Czasem są one pokręcone i wymagające, czasem jednak można doświadczyć wszechobecnej miłości.
„Nigdy nie można uznawać za pewnik tego, że Pan da nam po raz kolejny czas sprzyjający naszemu nawróceniu. Ta nowa szansa powinna wzbudzić w nas poczucie wdzięczności i otrząsnąć nas z odrętwienia. Pomimo niekiedy nawet dramatycznej obecności zła w naszym życiu, podobnie jak w życiu Kościoła i świata, ta przestrzeń, dana nam dla zmiany kursu, wyraża nieustępliwą wolę Boga, by nie zrywać z nami dialogu zbawienia.” (Papież Franciszek, Orędzie na WIleki Post 2020)
Wielki Post jest nam dany jako czas poprawy kontaktu z Bogiem, i który bierze swój początek z samej „woli Boga prowadzenia dialogu ze swoimi dziećmi”, jak przypomina nam papież Franciszek w Orędziu na Wielki Post 2020. Jest to czas na nasze odpowiedzi i na ożywienie pytań.
Słowo Boga nas prowokuje, ukazuje Jego oczekiwania i projekty. Stawia pytania, które mają za zadanie zburzyć mury naszych lęków, nieufności, lenistwa i apatii. To, czego nie znajdziemy w Biblii mamy wypełnić naszymi osobistymi odpowiedziami. „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha” (Mk 4,9). Jedynie ten, kto potrafi zrobić miejsce dla drugiego, który mówi, jest w stanie dać odpowiedź.
W ten sposób również okoliczności życia – osobistego czy wspólnego, wzywają do naprawy naszych relacji międzyludzkich. Jesteśmy przecież stworzeni na obraz i podobieństwo Boga - Trójcy, wezwani do upodabniania się do Niego właśnie w życiu w dialogu opartym na wolności, który nie skupia się na sobie, ale jest otwarty na drugiego.
40 dni wędrówki Izraela po pustyni mogą stać się metaforą naszych dróg życia. Czasem są one pokręcone i wymagające, czasem jednak można doświadczyć wszechobecnej miłości.
„Nigdy nie można uznawać za pewnik tego, że Pan da nam po raz kolejny czas sprzyjający naszemu nawróceniu. Ta nowa szansa powinna wzbudzić w nas poczucie wdzięczności i otrząsnąć nas z odrętwienia. Pomimo niekiedy nawet dramatycznej obecności zła w naszym życiu, podobnie jak w życiu Kościoła i świata, ta przestrzeń, dana nam dla zmiany kursu, wyraża nieustępliwą wolę Boga, by nie zrywać z nami dialogu zbawienia.” (Papież Franciszek, Orędzie na WIleki Post 2020)
- Szczegóły
- Odsłon: 1071
Fragment z Ewangelii, czytanej w Wigilię Bożego Narodzenia może być przewodnikiem w drodze, którą przebyliśmy i którą mamy przebyć. Czytamy słowa Zachariasza, który przedstawia powołanie swojego syna, Jana Chrzciciela. Jest to zaproszenie, by odczytywać wydarzenia życia w świetle wiary i by odkrywać w każdym wydarzeniu, przeszłym i przyszłym, obecność Boga wśród ludzi.
We wspaniałej refleksji, która wypływa z serca Zachariasza, możemy znaleźć program życia dla każdego i każdej z nas.
Chciałabym podkreślić niektóre cechy, do których Adwent nas nieustannie wzywał, by pomóc nam przygotować się do przyjęcia Jezusa.
1. Chwalić i uwielbiać Boga za dar zbawienia
To jest pierwsze i najważniejsze: chwalić i uwielbiać Boga. Dlaczego? Bo okazał swoją moc, powołując ludzi, by współpracowali z Nim w Jego planie zbawienia człowieka.
2. Obietnica i usprawiedliwienie.
Obietnica Boga przychodzi z daleka, przemierza wieki ludzkiej historii; odnawia się za każdym razem, kiedy człowiek może poddać się różnorakim trudnościom.
Zachariasz nam przypomina, że obietnica ma swoje źródło w Bożym miłosierdziu; to Bóg chce zbawić swój lud, ludzie nie mogą się sami zbawić; a jednak Bóg chce, by człowiek był Jego współpracownikiem. Człowiek otrzymuje od Boga zadanie i siłe, by je wykonać. Człowiek może pozostać wierny obietnicy zbawienia tylko jeżeli pamięta, że sam z siebie nic nie może. Bóg jest jego jedyną siłą broniącą przed złem.
Abraham, ojciec wierzących, uwierzył obietnicy i nie stawiał oporu. Otworzył się na miłosierną miłość Boga i nie domagał się dowodów, ani nie opierał się na własnej pewności siebie. Odpowiada na powołanie pozostawiając ziemię i ufając obietnicy danej jemu i jego potomstwu. Dlatego to zasłużył na tytuł ojca wszystkich w wierze. To człowiek sprawiedliwy, bo bez wahania zawierzył woli Boga i powierzył Mu całe swoje życie.
Człowiek sprawiedliwy to ktoś kto żyje z wiary i bez oporu wykonuje Bożą wolę.
Wędrówka ludu wybranego zaczyna się od aktu wiary.
3. Etapy realizacji obietnicy
Liturgia Adwentu pozwoliła nam przyjrzeć się im w ostatnich tygodniach. To etapy, które konkretyzują się w wydarzeniach ludu, który – mimo obietnic – przeżywa upadki i zdrady. Obecność Boga objawia się w powołaniu ludzi wybranych i posłanych, aby pomagali odczytywać oczyma wiary drogi nawrócenia i powrotu do Boga. W tym Bożym projekcie miłości rozbrzmiewa głos proroków, zwłaszcza Izajasza, który towarzyszył nam, by obudzić w naszych sercach pragnienie Boga, pewność Jego miłości, drogę powrotu do Niego i radość z odczuwania Jego obecności.
Uznajmy z wdzięcznością, że prorocy wykonywali swoje zadanie z cierpieniem i poświęceniem, starając się rozbudzić w duszy ludu poczucie przybliżającego się zbawienia, a działali oni nie tylko dla swojego narodu, ale i dla wszystkich ludzi.
4. Wypełnienie obietnicy
Pieśń Zachariasza w pewien sposób zamyka okres oczekiwania i ogłasza wypełnienie się obietnicy. Widzi on, że syn, dany mu i jego żonie Elżbiecie, ma za zadanie przygotowanie drogi dla Jezusa, Jego drogi na drogach Palestyny. Spojrzenie kieruje się ku synowi obietnicy, ale treść pieśni dotyczy wydarzeń ludzkich i boskich jednocześnie. Zadaniem Jana jest przygotować drogę, ale po to, by przyszedł po niej Ten, który „jest większy niż Jan”.
Przejdźmy z liturgii dzisiejszego dnia do liturgii dzisiejszej nocy. W ostatnich dniach słuchaliśmy słów Maryi i Elżbiety, a także bezsłownego dialogu między dwoma mającymi się urodzić – Jezusem i Janem.
Wymiar ludzki i wymiar boski splatają się w sposób nierozdzielny; Bóg wchodzi w wymiar ludzki, by zbawić człowieka. Maryja ofiarowała Synowi Bożemu swoje łono, przyjmuje Go całą sobą i zaprasza nas, byśmy ją w tym naśladowali; by ciepło naszej miłości ogrzało chłód szopki betlejemskiej.
Oto moje życzenia: abyśmy mogli przeżywać te dni z postawą, z uczuciami Maryi, z jej wiarą nadzieją i miłością; byśmy mocno wierzyli, że Bóg także nas zaprasza, byśmy głosili na świecie narodzenie Syna Bożego. I byśmy coraz bardziej wierzyli, że On jest zawsze z nami i dlatego nic nie może nas odłączyć od Jego miłości.
We wspaniałej refleksji, która wypływa z serca Zachariasza, możemy znaleźć program życia dla każdego i każdej z nas.
Chciałabym podkreślić niektóre cechy, do których Adwent nas nieustannie wzywał, by pomóc nam przygotować się do przyjęcia Jezusa.
1. Chwalić i uwielbiać Boga za dar zbawienia
To jest pierwsze i najważniejsze: chwalić i uwielbiać Boga. Dlaczego? Bo okazał swoją moc, powołując ludzi, by współpracowali z Nim w Jego planie zbawienia człowieka.
2. Obietnica i usprawiedliwienie.
Obietnica Boga przychodzi z daleka, przemierza wieki ludzkiej historii; odnawia się za każdym razem, kiedy człowiek może poddać się różnorakim trudnościom.
Zachariasz nam przypomina, że obietnica ma swoje źródło w Bożym miłosierdziu; to Bóg chce zbawić swój lud, ludzie nie mogą się sami zbawić; a jednak Bóg chce, by człowiek był Jego współpracownikiem. Człowiek otrzymuje od Boga zadanie i siłe, by je wykonać. Człowiek może pozostać wierny obietnicy zbawienia tylko jeżeli pamięta, że sam z siebie nic nie może. Bóg jest jego jedyną siłą broniącą przed złem.
Abraham, ojciec wierzących, uwierzył obietnicy i nie stawiał oporu. Otworzył się na miłosierną miłość Boga i nie domagał się dowodów, ani nie opierał się na własnej pewności siebie. Odpowiada na powołanie pozostawiając ziemię i ufając obietnicy danej jemu i jego potomstwu. Dlatego to zasłużył na tytuł ojca wszystkich w wierze. To człowiek sprawiedliwy, bo bez wahania zawierzył woli Boga i powierzył Mu całe swoje życie.
Człowiek sprawiedliwy to ktoś kto żyje z wiary i bez oporu wykonuje Bożą wolę.
Wędrówka ludu wybranego zaczyna się od aktu wiary.
3. Etapy realizacji obietnicy
Liturgia Adwentu pozwoliła nam przyjrzeć się im w ostatnich tygodniach. To etapy, które konkretyzują się w wydarzeniach ludu, który – mimo obietnic – przeżywa upadki i zdrady. Obecność Boga objawia się w powołaniu ludzi wybranych i posłanych, aby pomagali odczytywać oczyma wiary drogi nawrócenia i powrotu do Boga. W tym Bożym projekcie miłości rozbrzmiewa głos proroków, zwłaszcza Izajasza, który towarzyszył nam, by obudzić w naszych sercach pragnienie Boga, pewność Jego miłości, drogę powrotu do Niego i radość z odczuwania Jego obecności.
Uznajmy z wdzięcznością, że prorocy wykonywali swoje zadanie z cierpieniem i poświęceniem, starając się rozbudzić w duszy ludu poczucie przybliżającego się zbawienia, a działali oni nie tylko dla swojego narodu, ale i dla wszystkich ludzi.
4. Wypełnienie obietnicy
Pieśń Zachariasza w pewien sposób zamyka okres oczekiwania i ogłasza wypełnienie się obietnicy. Widzi on, że syn, dany mu i jego żonie Elżbiecie, ma za zadanie przygotowanie drogi dla Jezusa, Jego drogi na drogach Palestyny. Spojrzenie kieruje się ku synowi obietnicy, ale treść pieśni dotyczy wydarzeń ludzkich i boskich jednocześnie. Zadaniem Jana jest przygotować drogę, ale po to, by przyszedł po niej Ten, który „jest większy niż Jan”.
Przejdźmy z liturgii dzisiejszego dnia do liturgii dzisiejszej nocy. W ostatnich dniach słuchaliśmy słów Maryi i Elżbiety, a także bezsłownego dialogu między dwoma mającymi się urodzić – Jezusem i Janem.
Wymiar ludzki i wymiar boski splatają się w sposób nierozdzielny; Bóg wchodzi w wymiar ludzki, by zbawić człowieka. Maryja ofiarowała Synowi Bożemu swoje łono, przyjmuje Go całą sobą i zaprasza nas, byśmy ją w tym naśladowali; by ciepło naszej miłości ogrzało chłód szopki betlejemskiej.
Oto moje życzenia: abyśmy mogli przeżywać te dni z postawą, z uczuciami Maryi, z jej wiarą nadzieją i miłością; byśmy mocno wierzyli, że Bóg także nas zaprasza, byśmy głosili na świecie narodzenie Syna Bożego. I byśmy coraz bardziej wierzyli, że On jest zawsze z nami i dlatego nic nie może nas odłączyć od Jego miłości.
- Szczegóły
- Odsłon: 2530
Wychowawczyni vs krnąbrna 7latka. Jedna próbuje za wszelką cenę czegoś nauczyć, druga chce, by wszystko było po jej myśli, przez co terroryzuje całe otoczenie zachowując się momentami jak dzikie zwierzątko. Brzmi znajomo? Nie, to nie opis lekcji w klasie I.
Film „Cudotwórczyni” („The Miracle Worker”) z 1962 roku z Anne Bancroft i Patty Duke opowiada opartą na faktach historię, a w zasadzie wycinek z życia Hellen Keller, głuchoniemej i niewidzącej dziewczynki oraz jej nauczycielki. Nie wiadomo która bohaterka jest na pierwszym planie – nauczycielka, Annie Sullivan, słabo widząca, dopiero co po ukończeniu szkoły, uparta i silna charakterem kobieta, czy też dziecko, które bynajmniej nie odstaje od niej w uporze i hardości, ale i w bystrości umysłu. Cały film skupia się przede wszystkim na swoistej walce pomiędzy nimi.
Film może być podstawą do refleksji na wielu płaszczyznach, ale ja chciałabym się skupić na jednej. Od 10 lat pracuję z dziećmi i młodzieżą. Uczyłam w przedszkolach, szkołach publicznych i prywatnych, jeździłam na kolonie z młodzieżą i w każdej praktycznie grupie było dziecko mniej lub bardziej podobne do Helen, to znaczy zamkniętej w swoim świecie ale zarazem mocno próbującej skomunikować się z innymi. Niestety z powodu niemożności robi to jedyny sposób, który jej wychodzi – mniej lub bardziej rozrabiając.
Wiele już zostało napisane, żeby zdiagnozować problem rosnącej liczby dzieci z problemami zachowania – to kwestia braku wychowania, nieobecności rodziców, nadopiekuńczości, kreskówek, Internetu, jedzenia, braku ruchu, niekompetentnych nauczycieli, itd. Każdy może dopisać swoją interpretację. Pewnie każda z nich ma w sobie część prawdy. Prawdą jest też, że taki mamy teraz świat, nie da się od niego odgrodzić. Możemy zmieniać mały światek blisko nas, ale nie zmienię już sąsiada i jego sposobów wychowawczych. Nie wybiorę sobie też dzieci w klasie do uczenia. Ba! Nawet tak naprawdę dziecka w rodzinie nie będę w stanie od tych czynników odsunąć. Sprawa beznadziejna?Tak się mogło wydawać też Annie Sullivan. Próbowała w każdy dosłownie sposób okiełznać małą Helen, używając momentami środków, które w dzisiejszych czasach sprowadziłyby na nią kuratora i zakaz pracowania z dziećmi i młodzieżą. Wtedy (koniec XIX w.) nie musiała się tego obawiać i w sumie udało się jej opanować zachowanie dziewczynki, która zaczęła jeść z talerza widelcem, czesać się, nie krzyczeć, gdy czegoś chciała – zachowywała się w końcu jak cywilizowany człowiek. A mnie? Ile to razy przychodziła myśl do głowy, żeby Jasiek czy Ada choć do końca lekcji, choć na 5 minut nie gadali, nie przeszkadzali i siedzieli jak cywilizowani?
Jednak Annie przeczuwała, że to szybko się może zmienić, bo jest oparte na tresurze, przymusie. Przychodzi mi na myśl „Mit o jaskini” Platona. Ja – wychowawca, uwolnię cię z kajdan, wyprowadzę cię z jaskini do prawdziwego świata. To nie zadziała, uczeń za chwilę wróci do swoich sposobów życia, bo za bardzo czuje się z nimi związany, tak się nauczył i widzi, że jego sposób zachowania działa, to znaczy otrzymuje to, czego chce. Póki sam nie zrozumie, że może zerwać łańcuchy, wstać, odwrócić się i zacząć podążać ku wyjściu (w towarzystwie wychowawcy, ale jednak samodzielnie), póty ta zmiana nie będzie prawdziwa.Musi zaistnieć ten moment, w którym coś zaskoczy. Nie może tego zrobić sam wychowawca, to się dzieje w uczniu i tylko w nim. To jakby ktoś nam chciał wytłumaczyć jakąś zagadkę logiczną. Słuchamy jej 5 razy i 5 razy ktoś nam ją tłumaczy i dalej nie rozumiemy. Aż nagle nie wiadomo dlaczego za 6 razem coś przeskakuje i rozwiązanie wydaje nam się oczywiste. Wychowawca jest potrzebny i to ogromnie, ale jako towarzysz. W końcu to on tłumaczy, daje warunki do tego, żeby przynajmniej zaistniała możliwość zrozumienia, ale nie może zmusić do zaistnienia tego przeskoku. Ma towarzyszyć, trwać, wspierać, próbować i być cierpliwym, bo nie wiadomo, w którym momencie stanie się „cud”. Film rewelacyjnie to pokazuje i dlatego warto, żeby zapoznał się z nim każdy, kto ma do czynienia w jakiś sposób z wychowaniem.
Skąd brać siły, żeby trwać, próbować i być cierpliwym w próbowaniu? Myślę, że dla nas, chrześcijan, odpowiedź jest jedna. Ale nie powiem, że jest ona prosta, bo sama nie zawsze mam siłę. Wiem, że kilkakrotnie mi tej cierpliwości zabrakło, bo „nie ma czasu”, „bo tak łatwiej”, bo „i tak to nic nie da”, „bo mam obok 20 innych dzieci”… Jednak mimo wszystko, mimo pojawiającego się zniechęcenia, wiem, że warto. Chrystus też „siał” i szedł dalej. Czasem Słowo się marnowało, ale ile zostało i przez 2000 lat na nowo daje plon? Bez tej wiary, że kiedyś coś zaskoczy, bycie wychowawcą, nauczycielem nie ma sensu. A kto wie ile razy przeciętny nauczyciel stał się „Cudotwórcą”, nawet o tym nie wiedząc?
Film „Cudotwórczyni” („The Miracle Worker”) z 1962 roku z Anne Bancroft i Patty Duke opowiada opartą na faktach historię, a w zasadzie wycinek z życia Hellen Keller, głuchoniemej i niewidzącej dziewczynki oraz jej nauczycielki. Nie wiadomo która bohaterka jest na pierwszym planie – nauczycielka, Annie Sullivan, słabo widząca, dopiero co po ukończeniu szkoły, uparta i silna charakterem kobieta, czy też dziecko, które bynajmniej nie odstaje od niej w uporze i hardości, ale i w bystrości umysłu. Cały film skupia się przede wszystkim na swoistej walce pomiędzy nimi.
Film może być podstawą do refleksji na wielu płaszczyznach, ale ja chciałabym się skupić na jednej. Od 10 lat pracuję z dziećmi i młodzieżą. Uczyłam w przedszkolach, szkołach publicznych i prywatnych, jeździłam na kolonie z młodzieżą i w każdej praktycznie grupie było dziecko mniej lub bardziej podobne do Helen, to znaczy zamkniętej w swoim świecie ale zarazem mocno próbującej skomunikować się z innymi. Niestety z powodu niemożności robi to jedyny sposób, który jej wychodzi – mniej lub bardziej rozrabiając.
Wiele już zostało napisane, żeby zdiagnozować problem rosnącej liczby dzieci z problemami zachowania – to kwestia braku wychowania, nieobecności rodziców, nadopiekuńczości, kreskówek, Internetu, jedzenia, braku ruchu, niekompetentnych nauczycieli, itd. Każdy może dopisać swoją interpretację. Pewnie każda z nich ma w sobie część prawdy. Prawdą jest też, że taki mamy teraz świat, nie da się od niego odgrodzić. Możemy zmieniać mały światek blisko nas, ale nie zmienię już sąsiada i jego sposobów wychowawczych. Nie wybiorę sobie też dzieci w klasie do uczenia. Ba! Nawet tak naprawdę dziecka w rodzinie nie będę w stanie od tych czynników odsunąć. Sprawa beznadziejna?Tak się mogło wydawać też Annie Sullivan. Próbowała w każdy dosłownie sposób okiełznać małą Helen, używając momentami środków, które w dzisiejszych czasach sprowadziłyby na nią kuratora i zakaz pracowania z dziećmi i młodzieżą. Wtedy (koniec XIX w.) nie musiała się tego obawiać i w sumie udało się jej opanować zachowanie dziewczynki, która zaczęła jeść z talerza widelcem, czesać się, nie krzyczeć, gdy czegoś chciała – zachowywała się w końcu jak cywilizowany człowiek. A mnie? Ile to razy przychodziła myśl do głowy, żeby Jasiek czy Ada choć do końca lekcji, choć na 5 minut nie gadali, nie przeszkadzali i siedzieli jak cywilizowani?
Jednak Annie przeczuwała, że to szybko się może zmienić, bo jest oparte na tresurze, przymusie. Przychodzi mi na myśl „Mit o jaskini” Platona. Ja – wychowawca, uwolnię cię z kajdan, wyprowadzę cię z jaskini do prawdziwego świata. To nie zadziała, uczeń za chwilę wróci do swoich sposobów życia, bo za bardzo czuje się z nimi związany, tak się nauczył i widzi, że jego sposób zachowania działa, to znaczy otrzymuje to, czego chce. Póki sam nie zrozumie, że może zerwać łańcuchy, wstać, odwrócić się i zacząć podążać ku wyjściu (w towarzystwie wychowawcy, ale jednak samodzielnie), póty ta zmiana nie będzie prawdziwa.Musi zaistnieć ten moment, w którym coś zaskoczy. Nie może tego zrobić sam wychowawca, to się dzieje w uczniu i tylko w nim. To jakby ktoś nam chciał wytłumaczyć jakąś zagadkę logiczną. Słuchamy jej 5 razy i 5 razy ktoś nam ją tłumaczy i dalej nie rozumiemy. Aż nagle nie wiadomo dlaczego za 6 razem coś przeskakuje i rozwiązanie wydaje nam się oczywiste. Wychowawca jest potrzebny i to ogromnie, ale jako towarzysz. W końcu to on tłumaczy, daje warunki do tego, żeby przynajmniej zaistniała możliwość zrozumienia, ale nie może zmusić do zaistnienia tego przeskoku. Ma towarzyszyć, trwać, wspierać, próbować i być cierpliwym, bo nie wiadomo, w którym momencie stanie się „cud”. Film rewelacyjnie to pokazuje i dlatego warto, żeby zapoznał się z nim każdy, kto ma do czynienia w jakiś sposób z wychowaniem.
Skąd brać siły, żeby trwać, próbować i być cierpliwym w próbowaniu? Myślę, że dla nas, chrześcijan, odpowiedź jest jedna. Ale nie powiem, że jest ona prosta, bo sama nie zawsze mam siłę. Wiem, że kilkakrotnie mi tej cierpliwości zabrakło, bo „nie ma czasu”, „bo tak łatwiej”, bo „i tak to nic nie da”, „bo mam obok 20 innych dzieci”… Jednak mimo wszystko, mimo pojawiającego się zniechęcenia, wiem, że warto. Chrystus też „siał” i szedł dalej. Czasem Słowo się marnowało, ale ile zostało i przez 2000 lat na nowo daje plon? Bez tej wiary, że kiedyś coś zaskoczy, bycie wychowawcą, nauczycielem nie ma sensu. A kto wie ile razy przeciętny nauczyciel stał się „Cudotwórcą”, nawet o tym nie wiedząc?
- Szczegóły
- Odsłon: 1414
Chyba nikt nie zaprzeczy, że założyciel Zakonu Kaznodziejów miał ogromny wpływ na to, jak Kościół wygląda dzisiaj. 800 lat nieustannej działalności pozostawiło mocny ślad w przeszłości, ale również i dzisiaj.
Najpierw spróbujmy popatrzeć na to, jakim był Kościół w czasach św. Dominika, czyli na przełomie XII i XIII w. Europa weszła wówczas w okres rozwoju, część zachodnia żyła we względnym spokoju. Ludzie czuli się bezpiecznie, a więc i populacja wzrosła, a wraz z tym coraz więcej ludzi zaczęło przeprowadzać się do miast. Niestety nie wszyscy znaleźli tam lepsze życie, bieda wśród przeciętnych mieszkańców była coraz bardziej widoczna.
Ludzie Kościoła natomiast, szczególnie hierarchowie, nie dawali dobrego przykładu chrześcijanina. Gromadzili bogactwa, po to tylko, by mieć ich jeszcze więcej i by móc „żyć i używać”. Nie dbali o to, że obok nich żyje grono ludzi biednych nie tylko materialnie, ale i duchowo, a większość swoich wysiłków kierowali na wspieranie krucjat.
Nic więc dziwnego, że w tych okolicznościach nasz kontynent stał się idealnym miejscem do rozwoju i głoszenia herezji. Narastający kryzys w ówczesnym Kościele miał swoje źródło właśnie w tym, co działo się wewnątrz niego. Część ludzi Kościoła, widząc jakie priorytety mają hierarchowie, zaczęła się im przeciwstawiać, krytykować ich sposób życia, a nie widząc możliwości podążania za niekoniecznie ewangelicznym sposobem życia biskupów, zaczęli samodzielnie interpretować teksty Pisma św. w oderwaniu od Magisterium Kościoła. Dwie grupy heretyków były najbardziej znane. Jedną z nich byli katarzy, którzy identyfikowali się z pojęciem dualizmu i pojmowali Ewangelię w bardzo radykalny sposób. Ich wpływ najbardziej był widoczny na południu Francji i w północno-środkowych Włoszech. Inną grupą byli waldensi, założeni przez Piotra Waldo. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że nie chcieli nic złego. Widzieli zło i korupcję ówczesnego Kościoła i poprzez swoje głoszenie chcieli pokazać prawdziwe oblicze Ewangelii, przy okazji walcząc również z herezjami Katarów. Niestety, w tamtym czasie głosić nie miał prawa nikt poza biskupem, a atakując coraz bardziej hierarchów narazili się na karę suspensy. To ich jednak nie powstrzymało i głosili dalej, co spowodowało, że zostali wykluczeni z Kościoła.
Papież Innocenty III widząc, co się dzieje, jak wielu przeciętnych ludzi, a niekiedy i część kleru, zaczyna być zafascynowanych heretyckim nauczaniem, zaczął wysyłać swoich legatów, by powstrzymać rozprzestrzenianie się błędom. Niewiele to jednak dało. Waldeńczycy i katarzy reprezentowali ten sam prosty sposób życia, który był zarazem całkowicie odmienny od przepychu charakteryzującego oficjeli Kościoła i zdecydowanie bardziej przyciągał przeciętnego człowieka. W tym, co mówili i jak żyli nie było zaprzeczenia. Tymczasem nawet najlepszy kaznodzieja głoszący najczystszą Ewangelię, jednak żyjący bardziej jak książę niż jak przeciętny jego słuchacz, nigdy nie będzie wiarygodny.
Dominik i jego pomysł na głoszenie nie mógł pojawić się w lepszym momencie. Był rok 1206 gdy wraz z biskupem Osmy, Diego, w czasie podróży do Montpellier najpierw napotkali Cystersów, legatów papieskich, załamanych po nieudanych próbach zwalczania heretyków, a następnie jednego ze zwolenników błędnych nauk. W obu przypadkach zrobili to samo – spędzili całą noc na rozmowach z nimi, zastanawiając się wspólnie nad źródłem problemu i próbując wpłynąć na zmianę. Umiejętność słuchania innych, którą miał Dominik, połączona z jego żywą inteligencją spowodowała, że odnieśli sukces.
Te wydarzenia z całą pewnością miały wpływ na założenie Zakonu Kaznodziejskiego. Dominik zauważył, że przeciętny człowiek nie miał nikogo, kto mógłby go wprowadzić w prawdziwą Ewangelię. Część kapłanów również nie była wystarczająco mocno uformowana, by móc oprzeć się herezjom, a więc pomysł Dominika na głoszenie zbiegła się z potrzeba czasu, by ochronić wiarę chrześcijańską u samych podstaw, zaczynając od tych, których zadaniem było głoszenie Słowa zwykłym ludziom. Prawdy wiary miały być nauczane zarówno na obrzeżach Kościoła jak i w samym jego sercu, w każdy możliwy sposób. Dominik stał się żywym przykładem łaski głoszenia Słowa w wyjątkowo ważnym momencie historii Kościoła.
Zakon Kaznodziejów był założony by służyć Kościołowi nie tylko w jednym miejscu, ale na całym świecie. Jednak w tamtym czasie wszyscy kapłani, łącznie z zakonnikami czy kanonikami, podlegali biskupowi miejsca. Dominik wiedział, że będąc pod nadzorem biskupów w diecezjach ta służba może być ograniczona, chciał więc uzyskać więcej wolności, by pomóc Słowu rozprzestrzeniać się w nieskrępowany sposób. Poprosił o spotkanie z papieżem, by móc to zrealizować. Otrzymał nawet więcej. Papież dał Dominikowi pozwolenie na odprawianie Mszy świętej gdziekolwiek była potrzeba, bez obowiązku zgłaszania się do lokalnych władz. Ta zgoda zdecydowanie ułatwiła głoszenie Ewangelii w każdym miejscu.
Nie podlega wątpliwości, że Msza św. jest czymś zasadniczym dla każdego chrześcijanina i tak też było dla św. Dominika. Świadkowie przekazali, że odprawiał ją z wielkim skupieniem. W podobny sposób słuchał spowiedzi czy był gotów do rozmowy z każdym, kto potrzebował duchowego kierownictwa. Te wszystkie aspekty kapłaństwa były, według niego, szczytem i jednocześnie podstawą kaznodziejstwa. To kaznodziejstwo miało być dla jego braci główną częścią ich życia kapłańskiego i zakonnego. W tych czasach głoszenie kazań nie było normalną częścią działalności księży. Idea Dominika, aby to połączyć, była prawdziwą nowością w Kościele.
Ale Kościół to nie tyko sprawa mężczyzn. W roku 1207, na południu Francji, na początku swojej działalności Dominik wyprowadził grupę młodych kobiet spod wpływów heretyków. Większość z nich pochodziła z rodzin szlacheckich, ale biednych, a ich krewni posłali ich do katarów, aby otrzymały edukację. Aby dać im nowy rodzaj życia, w którym będzie możliwy rozwój, w jakiś sposób podobny do wymagającego i surowego życia prowadzonego przez katarów, Dominik, razem z Diegiem z Osmy, założył pierwszy dominikański klasztor w Prouille. Nie była to tradycyjna żeńska wspólnota, jakie znamy dzisiaj; był to klasztor mieszany, w którym zarówno siostry, jak i bracia mogli tworzyć prawdziwą dominikańską rodzinę. Ten rodzaj klasztorów nie był rzadkością w XIII w., ale zazwyczaj były to żeńskie wspólnoty, przyłączające się do męskich klasztorów. W tym wypadku to kobiety miały pierwszeństwo.Chodziło nie tylko o to, by się formować i rozwijać. Poprzez kontemplację i modlitwę mogły one uczestniczyć w głoszeniu Słowa, w działalności braci. Co więcej, ich przykład pokazywał, jak to Słowo wprowadzać w życie.
Dzisiaj podkreśla się, że świeccy są największą siłą, jaka istnieje w Kościele. 800 lat temu nie było to takie oczywiste, ale fakt, że św. Dominik zakładał swoje klasztory w miastach nieco zmienił ten punkt widzenia. Dominikańscy kaznodzieje byli bliżej zwykłych ludzi i z tego powodu także świeccy czuli, że życie wiarą i głoszenie jej przez przykład własnego życia nie było czymś zarezerwowanym tylko dla mnichów. A jeszcze miało nadejść założenie trzeciego zakonu (tercjarzy dominikańskich), które przez wiele lat przypisywano św. Dominikowi. W XIII w., we Włoszech, grupa świeckich utworzyła zakon pokutny (Ordo de Poenitentia s. Dominici),a następnie oddali się pod opiekę dominikanów. Jego rolą było służenie prawdzie na sposób ludzi świeckich. Był to początek grupy, która później przekształciła się w Trzeci Zakon.
Widać zatem, że wkład Dominika w życie Kościoła jest ogromy. On i jego bracia byli pionierami w wielu dziedzinach, które są obecnie uważane za normalne w Kościele. Ale czego możemy dzisiaj nauczyć się z działalności dominikanów i od samego św. Dominika? Wydaje się, że świat współczesny jest zupełnie inny niż 800 lat temu. Ale czy naprawdę? Najlepszym przykładem może być to, jak obecnie są traktowane dogmaty naszej wiary. Z powodu wielkich praw, jakie mamy, czyli wolności słowa i myśli, a także dzięki nowym wynalazkom, jak internetu czy innych środków, które ułatwiają komunikację na poziomie całego świata, w ciągu sekundy każdy może rozpowszechniać informację, nawet jeżeli jest ona fałszywa. Kryzys wiary i nauczania religijnego, który widzimy, zwłaszcza w Europie, ułatwia błędne interpretacje Biblii i fundamentów, na których jest zbudowany Kościół. Sensacyjne informacje o księżach i ich grzechach nie ułatwiają sprawy. Nic dziwnego, że niektórzy traktują powieści, jak na przykład Kod da Vinci, jako nową „ewangelię”, a Kościół jest postrzegany jak firma, która chce ukryć niewygodną prawdę. Jak możemy na to zareagować?
W tej sytuacji św. Dominik może być naprawdę pomocny. Kiedy spotykał heretyków, albo osoby, na które wpłynęły ich błędne nauki, robił wszystko, co mógł, by odkryć, jaka była największa potrzeba danej osoby. Słuchał, a potem do nich mówił, starając się pokazać im, gdzie ich myślenie było nielogiczne, niezgodne z podstawą – ze Słowem Bożym. Potem zaczynał budować coś nowego. Co najważniejsze, robił to zawsze z szacunkiem do innych, patrząc na każdą osobę jak na przyjaciela, który, co prawda, popełnił błąd, ale o tym nie wiedział. Patrzył zawsze z miłością, zakorzenioną w zjednoczeniu z Bogiem przez modlitwę i rozważanie Ewangelii, którą zawsze miał ze sobą. Kiedy zastanowimy się nad spotkaniami Dominika z heretykami, widzimy, że traktował on każdą osobę indywidualnie, spędzał godziny rozmawiając z nimi. I nigdy nie przestawał szukać innych ludzi, którzy potrzebowali takiej rozmowy.
Jako swój główny cel Zakon Kaznodziejski wybrał hasło swojego założyciela: głosić Ewangelię każdemu, wszędzie i na wszystkie możliwe sposoby. W tym głoszeniu zawiera się zarówno jej prostota jak i głębia, pamiętając, że bez szacunku do osoby, bez dzielenia jej życia, bez współczucia dla duchowej biedy napotkanego człowieka i bez troski o jego zbawienie, głoszenie Ewangelii nie jest możliwe, bo „człowiek jest pierwszą drogą, po której winien kroczyć Kościół w wypełnianiu swojego posłannictwa” (Jan Paweł II, Encyklika Redemptor Hominis, 14).
Najpierw spróbujmy popatrzeć na to, jakim był Kościół w czasach św. Dominika, czyli na przełomie XII i XIII w. Europa weszła wówczas w okres rozwoju, część zachodnia żyła we względnym spokoju. Ludzie czuli się bezpiecznie, a więc i populacja wzrosła, a wraz z tym coraz więcej ludzi zaczęło przeprowadzać się do miast. Niestety nie wszyscy znaleźli tam lepsze życie, bieda wśród przeciętnych mieszkańców była coraz bardziej widoczna.
Ludzie Kościoła natomiast, szczególnie hierarchowie, nie dawali dobrego przykładu chrześcijanina. Gromadzili bogactwa, po to tylko, by mieć ich jeszcze więcej i by móc „żyć i używać”. Nie dbali o to, że obok nich żyje grono ludzi biednych nie tylko materialnie, ale i duchowo, a większość swoich wysiłków kierowali na wspieranie krucjat.
Nic więc dziwnego, że w tych okolicznościach nasz kontynent stał się idealnym miejscem do rozwoju i głoszenia herezji. Narastający kryzys w ówczesnym Kościele miał swoje źródło właśnie w tym, co działo się wewnątrz niego. Część ludzi Kościoła, widząc jakie priorytety mają hierarchowie, zaczęła się im przeciwstawiać, krytykować ich sposób życia, a nie widząc możliwości podążania za niekoniecznie ewangelicznym sposobem życia biskupów, zaczęli samodzielnie interpretować teksty Pisma św. w oderwaniu od Magisterium Kościoła. Dwie grupy heretyków były najbardziej znane. Jedną z nich byli katarzy, którzy identyfikowali się z pojęciem dualizmu i pojmowali Ewangelię w bardzo radykalny sposób. Ich wpływ najbardziej był widoczny na południu Francji i w północno-środkowych Włoszech. Inną grupą byli waldensi, założeni przez Piotra Waldo. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że nie chcieli nic złego. Widzieli zło i korupcję ówczesnego Kościoła i poprzez swoje głoszenie chcieli pokazać prawdziwe oblicze Ewangelii, przy okazji walcząc również z herezjami Katarów. Niestety, w tamtym czasie głosić nie miał prawa nikt poza biskupem, a atakując coraz bardziej hierarchów narazili się na karę suspensy. To ich jednak nie powstrzymało i głosili dalej, co spowodowało, że zostali wykluczeni z Kościoła.
Papież Innocenty III widząc, co się dzieje, jak wielu przeciętnych ludzi, a niekiedy i część kleru, zaczyna być zafascynowanych heretyckim nauczaniem, zaczął wysyłać swoich legatów, by powstrzymać rozprzestrzenianie się błędom. Niewiele to jednak dało. Waldeńczycy i katarzy reprezentowali ten sam prosty sposób życia, który był zarazem całkowicie odmienny od przepychu charakteryzującego oficjeli Kościoła i zdecydowanie bardziej przyciągał przeciętnego człowieka. W tym, co mówili i jak żyli nie było zaprzeczenia. Tymczasem nawet najlepszy kaznodzieja głoszący najczystszą Ewangelię, jednak żyjący bardziej jak książę niż jak przeciętny jego słuchacz, nigdy nie będzie wiarygodny.
Dominik i jego pomysł na głoszenie nie mógł pojawić się w lepszym momencie. Był rok 1206 gdy wraz z biskupem Osmy, Diego, w czasie podróży do Montpellier najpierw napotkali Cystersów, legatów papieskich, załamanych po nieudanych próbach zwalczania heretyków, a następnie jednego ze zwolenników błędnych nauk. W obu przypadkach zrobili to samo – spędzili całą noc na rozmowach z nimi, zastanawiając się wspólnie nad źródłem problemu i próbując wpłynąć na zmianę. Umiejętność słuchania innych, którą miał Dominik, połączona z jego żywą inteligencją spowodowała, że odnieśli sukces.
Te wydarzenia z całą pewnością miały wpływ na założenie Zakonu Kaznodziejskiego. Dominik zauważył, że przeciętny człowiek nie miał nikogo, kto mógłby go wprowadzić w prawdziwą Ewangelię. Część kapłanów również nie była wystarczająco mocno uformowana, by móc oprzeć się herezjom, a więc pomysł Dominika na głoszenie zbiegła się z potrzeba czasu, by ochronić wiarę chrześcijańską u samych podstaw, zaczynając od tych, których zadaniem było głoszenie Słowa zwykłym ludziom. Prawdy wiary miały być nauczane zarówno na obrzeżach Kościoła jak i w samym jego sercu, w każdy możliwy sposób. Dominik stał się żywym przykładem łaski głoszenia Słowa w wyjątkowo ważnym momencie historii Kościoła.
Zakon Kaznodziejów był założony by służyć Kościołowi nie tylko w jednym miejscu, ale na całym świecie. Jednak w tamtym czasie wszyscy kapłani, łącznie z zakonnikami czy kanonikami, podlegali biskupowi miejsca. Dominik wiedział, że będąc pod nadzorem biskupów w diecezjach ta służba może być ograniczona, chciał więc uzyskać więcej wolności, by pomóc Słowu rozprzestrzeniać się w nieskrępowany sposób. Poprosił o spotkanie z papieżem, by móc to zrealizować. Otrzymał nawet więcej. Papież dał Dominikowi pozwolenie na odprawianie Mszy świętej gdziekolwiek była potrzeba, bez obowiązku zgłaszania się do lokalnych władz. Ta zgoda zdecydowanie ułatwiła głoszenie Ewangelii w każdym miejscu.
Nie podlega wątpliwości, że Msza św. jest czymś zasadniczym dla każdego chrześcijanina i tak też było dla św. Dominika. Świadkowie przekazali, że odprawiał ją z wielkim skupieniem. W podobny sposób słuchał spowiedzi czy był gotów do rozmowy z każdym, kto potrzebował duchowego kierownictwa. Te wszystkie aspekty kapłaństwa były, według niego, szczytem i jednocześnie podstawą kaznodziejstwa. To kaznodziejstwo miało być dla jego braci główną częścią ich życia kapłańskiego i zakonnego. W tych czasach głoszenie kazań nie było normalną częścią działalności księży. Idea Dominika, aby to połączyć, była prawdziwą nowością w Kościele.
Ale Kościół to nie tyko sprawa mężczyzn. W roku 1207, na południu Francji, na początku swojej działalności Dominik wyprowadził grupę młodych kobiet spod wpływów heretyków. Większość z nich pochodziła z rodzin szlacheckich, ale biednych, a ich krewni posłali ich do katarów, aby otrzymały edukację. Aby dać im nowy rodzaj życia, w którym będzie możliwy rozwój, w jakiś sposób podobny do wymagającego i surowego życia prowadzonego przez katarów, Dominik, razem z Diegiem z Osmy, założył pierwszy dominikański klasztor w Prouille. Nie była to tradycyjna żeńska wspólnota, jakie znamy dzisiaj; był to klasztor mieszany, w którym zarówno siostry, jak i bracia mogli tworzyć prawdziwą dominikańską rodzinę. Ten rodzaj klasztorów nie był rzadkością w XIII w., ale zazwyczaj były to żeńskie wspólnoty, przyłączające się do męskich klasztorów. W tym wypadku to kobiety miały pierwszeństwo.Chodziło nie tylko o to, by się formować i rozwijać. Poprzez kontemplację i modlitwę mogły one uczestniczyć w głoszeniu Słowa, w działalności braci. Co więcej, ich przykład pokazywał, jak to Słowo wprowadzać w życie.
Dzisiaj podkreśla się, że świeccy są największą siłą, jaka istnieje w Kościele. 800 lat temu nie było to takie oczywiste, ale fakt, że św. Dominik zakładał swoje klasztory w miastach nieco zmienił ten punkt widzenia. Dominikańscy kaznodzieje byli bliżej zwykłych ludzi i z tego powodu także świeccy czuli, że życie wiarą i głoszenie jej przez przykład własnego życia nie było czymś zarezerwowanym tylko dla mnichów. A jeszcze miało nadejść założenie trzeciego zakonu (tercjarzy dominikańskich), które przez wiele lat przypisywano św. Dominikowi. W XIII w., we Włoszech, grupa świeckich utworzyła zakon pokutny (Ordo de Poenitentia s. Dominici),a następnie oddali się pod opiekę dominikanów. Jego rolą było służenie prawdzie na sposób ludzi świeckich. Był to początek grupy, która później przekształciła się w Trzeci Zakon.
Widać zatem, że wkład Dominika w życie Kościoła jest ogromy. On i jego bracia byli pionierami w wielu dziedzinach, które są obecnie uważane za normalne w Kościele. Ale czego możemy dzisiaj nauczyć się z działalności dominikanów i od samego św. Dominika? Wydaje się, że świat współczesny jest zupełnie inny niż 800 lat temu. Ale czy naprawdę? Najlepszym przykładem może być to, jak obecnie są traktowane dogmaty naszej wiary. Z powodu wielkich praw, jakie mamy, czyli wolności słowa i myśli, a także dzięki nowym wynalazkom, jak internetu czy innych środków, które ułatwiają komunikację na poziomie całego świata, w ciągu sekundy każdy może rozpowszechniać informację, nawet jeżeli jest ona fałszywa. Kryzys wiary i nauczania religijnego, który widzimy, zwłaszcza w Europie, ułatwia błędne interpretacje Biblii i fundamentów, na których jest zbudowany Kościół. Sensacyjne informacje o księżach i ich grzechach nie ułatwiają sprawy. Nic dziwnego, że niektórzy traktują powieści, jak na przykład Kod da Vinci, jako nową „ewangelię”, a Kościół jest postrzegany jak firma, która chce ukryć niewygodną prawdę. Jak możemy na to zareagować?
W tej sytuacji św. Dominik może być naprawdę pomocny. Kiedy spotykał heretyków, albo osoby, na które wpłynęły ich błędne nauki, robił wszystko, co mógł, by odkryć, jaka była największa potrzeba danej osoby. Słuchał, a potem do nich mówił, starając się pokazać im, gdzie ich myślenie było nielogiczne, niezgodne z podstawą – ze Słowem Bożym. Potem zaczynał budować coś nowego. Co najważniejsze, robił to zawsze z szacunkiem do innych, patrząc na każdą osobę jak na przyjaciela, który, co prawda, popełnił błąd, ale o tym nie wiedział. Patrzył zawsze z miłością, zakorzenioną w zjednoczeniu z Bogiem przez modlitwę i rozważanie Ewangelii, którą zawsze miał ze sobą. Kiedy zastanowimy się nad spotkaniami Dominika z heretykami, widzimy, że traktował on każdą osobę indywidualnie, spędzał godziny rozmawiając z nimi. I nigdy nie przestawał szukać innych ludzi, którzy potrzebowali takiej rozmowy.
Jako swój główny cel Zakon Kaznodziejski wybrał hasło swojego założyciela: głosić Ewangelię każdemu, wszędzie i na wszystkie możliwe sposoby. W tym głoszeniu zawiera się zarówno jej prostota jak i głębia, pamiętając, że bez szacunku do osoby, bez dzielenia jej życia, bez współczucia dla duchowej biedy napotkanego człowieka i bez troski o jego zbawienie, głoszenie Ewangelii nie jest możliwe, bo „człowiek jest pierwszą drogą, po której winien kroczyć Kościół w wypełnianiu swojego posłannictwa” (Jan Paweł II, Encyklika Redemptor Hominis, 14).
