- Szczegóły
- Odsłon: 1449
W okresie Bożego Narodzenia patrzymy na Dzieciątko z Betlejem, „obraz Boga niewidzialnego” (Kol 1,15), który objawił się ponad dwa tysiące lat temu. I przypominamy sobie, że każdy z nas, każdy człowiek, jest – jak mówi Biblia – stworzony na obraz Boga, by stać się podobnym do Niego (Rdz 1, 26). Więc jeszcze zanim napisano liczne rozprawy filozoficzne czy traktaty międzynarodowe, godność i wolność człowieka została wyrażona w tych kilku słowach Księgi Rodzaju.
Ten Bóg, którego pobożni ludzi nie chcieli przestawiać w żaden sposób, by nie redukować Go do bożka, którym można manipulować – ten Bóg stał się obrazem człowieka, przyjął ludzkie ciało i ludzki język. W ten sposób Bóg, wierny wobec swojego pierwotnego zamysłu, przeznaczył nas na to, byśmy się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi (por. Rz 8,29). A to spełniło się w dniu Paschy, kiedy Jezus, który nazwał swoich uczniów przyjaciółmi (J 15, 16), który przyjął całe ludzkie życie, aż do śmierci, może teraz nazwać ich braćmi (J 20, 17).
Ludzkie braterstwo wywodzi się więc od tego Pierworodnego, który pozwala nam odkryć Boże ojcostwo w nowy, realny sposób: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy!” (1J 3,1). Grecki filozof Diogenes szukał człowieka, a chrześcijanin znajduje brata. Ale kiedy człowiek współczesny staje się sierotą, bo traci więź z Bogiem – Ojcem, traci też pojęcie ludzkiego braterstwa.
To pojęcie jest jeszcze wspomniane w pierwszym artykule Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka (1048): „Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi pod względem swej godności i swych praw. Są oni obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni postępować wobec innych w duchu braterstwa”. Tak więc ta uroczysta Deklaracja, chcąca w jakiś sposób odpędzić pamięć przerażających zniszczeń niedawnej wojny, wskazuje jako pierwszy krok na drodze do urzeczywistnienia tego wspólnego ideału wezwanie do zdobyczy epoki oświecenia: wolność, równość, braterstwo. Tak jakby rozum mógł naprawdę doprowadzić ludzi do działania w duchu braterstwa.
10 grudnia przypadała 70-ta rocznica uchwalenia tej Deklaracji. Została ona przypomniana jako konieczny punkt odniesienia, chociaż często dramatycznie jest łamana, a czasem nawet odrzuca się jej stwierdzenia. Z drugiej strony, te trudności były przewidziane w samym tekście, skoro zaleca on „aby wszyscy ludzie i wszystkie organy społeczeństwa mając stale w pamięci niniejszą Deklarację - dążyły w drodze nauczania i wychowywania do rozwijania poszanowania tych praw i wolności i aby zapewniły za pomocą postępowych środków o zasięgu krajowym i międzynarodowym powszechne i skuteczne uznanie i stosowanie tej Deklaracji zarówno wśród Państw Członkowskich, jak i wśród narodów zamieszkujących obszary podległe ich władzy” (Wstęp).
Dwa dni po uroczystych obchodach tej rocznicy, 12 grudnia, na ministerialnej konferencji w Marrakeszu zostało przyjęte Globalne porozumienie w sprawie bezpiecznej, uporządkowanej i regularnej migracji (Polska głosowała za jego przyjęciem).
16 grudnia w czasie modlitwy Anioł Pański Papież Franciszek skomentował wyniki konferencji w Markeszu i wyraził życzenie, aby wspólnota międzynarodowa, także dzięki tej deklaracji „mogła działać z odpowiedzialnością, solidarnością i współczuciem wobec tych, którzy z różnych powodów opuścili swój kraj”. Ale co może dać siły, by działać z tą „odpowiedzialnością, solidarnością i współczuciem”, które zaleca papież?
Kiedy traci się chrześcijańskie pojęcie braterstwa, które łączy wszystkich ludzi, to solidarność i współczucie tracą swój fundament: nie tylko kiedy uczucia są przygłuszone przez interesy i przez egoizm indywidualny czy zbiorowy, ale także kiedy inny nie wzbudza czułości i sympatii, a troska o niego staje się ciężarem. A przecież „jeden drugiego brzemiona noście” – zalecał realistycznie święty Paweł (Ga 6,2).
W tym roku orędzie bożonarodzeniowe papieża Franciszka mówi o braterstwie: „Bóg jest dobrym Ojcem a my wszyscy jesteśmy braćmi. Ta prawda leży u podstaw chrześcijańskiej wizji rodzaju ludzkiego. Bez braterstwa, którym obdarzył nas Jezus Chrystus, nasze wysiłki na rzecz bardziej sprawiedliwego świata mają krótki oddech i nawet najlepsze projekty mogą stać się strukturami bez duszy”.
- Szczegóły
- Odsłon: 936
W Bogu – w Trójcy Świętej – Druga Osoba jest Synem i jest Słowem. Słowem, w którym Ojciec wypowiada całego siebie, wszystko o sobie w tym Jednym. I to Słowo odpowiada Mu tak samo – odpowiada miłością (która jest Duchem Świętym). To jest właśnie Trójca Święta;to jest to, co dzieje się w Bogu – „wewnątrz” Trójcy, w relacjach Ich Trzech; w tym, co jest największą tajemnicą Boga samego – a co zostało nam objawione.
Ale to jeszcze nie wszystko: w relacjach trynitarnych Syn jest Słowem, jedynym Słowem Ojca. Ale On się wciela – staje się człowiekiem, wchodzi w naszą historię – a więc to Słowo zaczyna wybrzmiewać w czasie, w historii. Pozostając samym sobą, pozostając nieskończonym bogactwem Słowa Ojca, zaczyna istnieć w naszym świecie, staje się więc opowieścią, wielością słów, dziejącymi się po kolei – w czasie. W czasie, który jest naszym naturalnym środowiskiem i tworzywem naszych opowieści.
Ale to jeszcze nie wszystko: to Słowo przychodzi do nas, którzy żyjemy w czasie i w wielości, którzy przeżywamy swoje życie, swoją historię – i opowiadamy je, innym, a przede wszystkim sobie samym. Wchodzi w tę wielość, ten chaos, ten upływ czasu – żeby go zbawić, przemienić w siebie, dać jedność. Abyśmy – żyjąc z Nim i w Nim – my też, w naszych chaotycznych opowieściach, stali się słowami – słowami miłości Boga, słowami, które Bóg wypowiedział o nas i do nas, kiedy nas stwarzał. Słowami miłości wobec siebie i wobec innych.
Abyśmy mogli być dziećmi w Synu i słowami w Słowie.
Ale to jeszcze nie wszystko: w relacjach trynitarnych Syn jest Słowem, jedynym Słowem Ojca. Ale On się wciela – staje się człowiekiem, wchodzi w naszą historię – a więc to Słowo zaczyna wybrzmiewać w czasie, w historii. Pozostając samym sobą, pozostając nieskończonym bogactwem Słowa Ojca, zaczyna istnieć w naszym świecie, staje się więc opowieścią, wielością słów, dziejącymi się po kolei – w czasie. W czasie, który jest naszym naturalnym środowiskiem i tworzywem naszych opowieści.
Ale to jeszcze nie wszystko: to Słowo przychodzi do nas, którzy żyjemy w czasie i w wielości, którzy przeżywamy swoje życie, swoją historię – i opowiadamy je, innym, a przede wszystkim sobie samym. Wchodzi w tę wielość, ten chaos, ten upływ czasu – żeby go zbawić, przemienić w siebie, dać jedność. Abyśmy – żyjąc z Nim i w Nim – my też, w naszych chaotycznych opowieściach, stali się słowami – słowami miłości Boga, słowami, które Bóg wypowiedział o nas i do nas, kiedy nas stwarzał. Słowami miłości wobec siebie i wobec innych.
Abyśmy mogli być dziećmi w Synu i słowami w Słowie.
- Szczegóły
- Odsłon: 1160
Federic Laloux, Pracować inaczej. Nowatorski model organizacji inspirowany kolejnym etapem rozwoju ludzkiej świadomości, Warszawa, Studio EMKA, 2015
Nie studiowałam ekonomii, nie interesowałam się problemami zarządzania, organizacji pracy, zasobów ludzkich. Wiedziałam, że są to rzeczy ważne, wpływające na kształ świata – ważne, ale dla mnie kompletnie nieinteresujące. A potem zdarzyło mi się przeczytać książkę z tej dziedziny, która okazała się nie tylko bardzo interesująca, ale i użyteczna: jako pomoc do zastanawiania się nad naszym światem, nad sposobem życia, nad człowiekiem jako takim. A więc książka nie tylko praktyczna, ale i filozoficzna.Chodzi właśnie o „Pracować inaczej” Federica Lalouxa.
Podstawowym tematem tej książki jest organizacja pracy: według autora może istnieć, a nawet już istnieje na świecie nowy sposób organizowania przedsiębiorstw, który pozwoli stworzyć miejsca pracy lepsze dla pracujących tam ludzi, a równocześnie konkurencyjne na rynku ekonomicznym. Chodzi o „organizacje turkusowe”. Autor używa tego określenia, bo dzieli sposoby organizacji pracy, używając nazw kolorów. Każdy etap, nazwany innym kolorem (czerwony, bursztynowy, pomarańczowy, zielony, turkusowy) oznacza sposób działania, obejmujący wszystkie aspekty życia. W każdym z nich zmieniają się sposoby organizacji, sposoby sprawowania władzy, pojęcia kluczowe. Autor podaje przykłady organizacji, należących do poszczególnych etapów rozwoju ludzkości.
W organizacjach czerwonych podstawą jest silna władza wodza, spoiwem – lęk. Są to, na przykład, mafia, gangi uliczne, grupy paramilitarne. Organizacje bursztynowe opierają się na konformizmie, najważniejszą wartością jest stabilność; przyszłość to powtarzanie przeszłości. Do organizacji bursztynowych autor zalicza Kościół katolicki i wojsko. Celem organizacji pomarańczowych jest pokonanie konkurencji i osiąganie zysku, sposobem działania jest zarządzanie przez cele (dowodzenie i kontrola nad co; wolność w stosunku do jak). Typową organizacją pomarańczową są korporacje. Organizacje zielone funkcjonują w klasycznej strukturze piramidy, lecz koncentrują się na kulturze i upełnomocnieniu w celu osiągnięcia nadzwyczajnej motywacji pracowników. Są to organizacje napędzane kulturą firmy (organizacje non-profit, sektor biznesowy). Żeby zrozumieć, czym są organizacje turkusowe, trzeba przeczytać całą książkę...
Ale oczywiście nie chodzi tylko o sprawy technicze, o to, jak jest zorganizowana praca, o struktury, miejsca, hierarchię… bo podtytuł książki wyjaśnia, że to wszystko opiera się na pewnej wizji antropologicznej: na „nowatorskim modelu organizacji inspirowanym kolejnym etapem rozwoju ludzkiej świadomości”. Na różnych etapach historii nasza świadomość mówiła nam, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, a w konskewencji organizowaliśmy się, organizowaliśmy pracę w taki czy inny sposób. Teraz to się zmienia; więc zmieni się również sposób postrzegania pracy i sposób jej organizowania. Książka opiera się na doświadczeniach firm, które już działają, opierając się na nowych zasadach; a ich istnienie, ich sukces pokazują, że nie chodzi tu tylko o utopię filozoficzną.
W pierwszej części autor zajmuje się modelami organizacyjnymi w perspektywie historycznej: jakie modele funkcjonowały w przeszłości, jak i dlaczego się zmieniały; jakie oznaki rozwoju możemy dostrzec w sytuacji aktualnej.
Druga część książki przedstawia struktury, działania i kulturę pracy organizacji turkusowych. Trzeba zauważyć, że same struktury nie wystarczają, mają one sens tylko w szerszym kontekście, który jest nazwany kulturą firmy.Może najciekawszym elementem są „wspólne cechy”: firm, które autor wybrał, ale które działają niezależnie od siebie, a jednak mają one cechy wspólne. Te więc wspólne cechy mogą być naprawdę oznaką zmiany epoki.
Trzecia część prezentuje podejście praktyczne: zwraca się do osób, które chciałyby zacząć działalność w stylu turkusowym, albo chciałyby zmienić organizacje już istniejące. Jest to możliwe, choć niełatwe i książka nie obiecuje natychmiastowego sukcesu. Autor przedstawia warunki koniecznie do działania w sposób turkusowy, ale też problemy i trudności, na jakie one napotykają.Książka jest piękna i optymistyczna: pokazuje możliwość dobrego życia i dobrego działania, bez tracenia człowieczeństwa na rzecz zysku, ale i bez konieczności całkowitej (utopijnej) ucieczki od społeczeństwa opartego na ekonomii.
Książkę (po angielsku) można legalnie ściągnąć ze strony http://www.reinventingorganizations.com/pay-what-feels-right.html
Podstawowym tematem tej książki jest organizacja pracy: według autora może istnieć, a nawet już istnieje na świecie nowy sposób organizowania przedsiębiorstw, który pozwoli stworzyć miejsca pracy lepsze dla pracujących tam ludzi, a równocześnie konkurencyjne na rynku ekonomicznym. Chodzi o „organizacje turkusowe”. Autor używa tego określenia, bo dzieli sposoby organizacji pracy, używając nazw kolorów. Każdy etap, nazwany innym kolorem (czerwony, bursztynowy, pomarańczowy, zielony, turkusowy) oznacza sposób działania, obejmujący wszystkie aspekty życia. W każdym z nich zmieniają się sposoby organizacji, sposoby sprawowania władzy, pojęcia kluczowe. Autor podaje przykłady organizacji, należących do poszczególnych etapów rozwoju ludzkości.
W organizacjach czerwonych podstawą jest silna władza wodza, spoiwem – lęk. Są to, na przykład, mafia, gangi uliczne, grupy paramilitarne. Organizacje bursztynowe opierają się na konformizmie, najważniejszą wartością jest stabilność; przyszłość to powtarzanie przeszłości. Do organizacji bursztynowych autor zalicza Kościół katolicki i wojsko. Celem organizacji pomarańczowych jest pokonanie konkurencji i osiąganie zysku, sposobem działania jest zarządzanie przez cele (dowodzenie i kontrola nad co; wolność w stosunku do jak). Typową organizacją pomarańczową są korporacje. Organizacje zielone funkcjonują w klasycznej strukturze piramidy, lecz koncentrują się na kulturze i upełnomocnieniu w celu osiągnięcia nadzwyczajnej motywacji pracowników. Są to organizacje napędzane kulturą firmy (organizacje non-profit, sektor biznesowy). Żeby zrozumieć, czym są organizacje turkusowe, trzeba przeczytać całą książkę...
Ale oczywiście nie chodzi tylko o sprawy technicze, o to, jak jest zorganizowana praca, o struktury, miejsca, hierarchię… bo podtytuł książki wyjaśnia, że to wszystko opiera się na pewnej wizji antropologicznej: na „nowatorskim modelu organizacji inspirowanym kolejnym etapem rozwoju ludzkiej świadomości”. Na różnych etapach historii nasza świadomość mówiła nam, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, a w konskewencji organizowaliśmy się, organizowaliśmy pracę w taki czy inny sposób. Teraz to się zmienia; więc zmieni się również sposób postrzegania pracy i sposób jej organizowania. Książka opiera się na doświadczeniach firm, które już działają, opierając się na nowych zasadach; a ich istnienie, ich sukces pokazują, że nie chodzi tu tylko o utopię filozoficzną.
W pierwszej części autor zajmuje się modelami organizacyjnymi w perspektywie historycznej: jakie modele funkcjonowały w przeszłości, jak i dlaczego się zmieniały; jakie oznaki rozwoju możemy dostrzec w sytuacji aktualnej.
Druga część książki przedstawia struktury, działania i kulturę pracy organizacji turkusowych. Trzeba zauważyć, że same struktury nie wystarczają, mają one sens tylko w szerszym kontekście, który jest nazwany kulturą firmy.Może najciekawszym elementem są „wspólne cechy”: firm, które autor wybrał, ale które działają niezależnie od siebie, a jednak mają one cechy wspólne. Te więc wspólne cechy mogą być naprawdę oznaką zmiany epoki.
Trzecia część prezentuje podejście praktyczne: zwraca się do osób, które chciałyby zacząć działalność w stylu turkusowym, albo chciałyby zmienić organizacje już istniejące. Jest to możliwe, choć niełatwe i książka nie obiecuje natychmiastowego sukcesu. Autor przedstawia warunki koniecznie do działania w sposób turkusowy, ale też problemy i trudności, na jakie one napotykają.Książka jest piękna i optymistyczna: pokazuje możliwość dobrego życia i dobrego działania, bez tracenia człowieczeństwa na rzecz zysku, ale i bez konieczności całkowitej (utopijnej) ucieczki od społeczeństwa opartego na ekonomii.
Książkę (po angielsku) można legalnie ściągnąć ze strony http://www.reinventingorganizations.com/pay-what-feels-right.html
- Szczegóły
- Odsłon: 980
Nauczyliśmy się – my, ludzkość – bardzo wielu rzeczy. Możemy właściwie mierzyć swoją historią kolejnymi wynalazkami, które są także kolejnymi umiejętnościami: ogień, rolnictwo, koło, przemysł, loty kosmiczne, elektronika... czasem, zwłaszcza ostatnio, te zmiany, te nowe umiejętności przychodzą tak szybko, że dzieci umieją coś robić lepiej, niż ich rodzice.
Ale może nie zastanawiamy się wystarczająco nad tym, że jest też druga strona medalu: nauczyliśmy się bardzo wiele, ale też bardzo wielu rzeczy się oduczyliśmy.
Na przykład, nasi przodkowie, którzy żyli w bardzo bliższym kontakcie z naturą, z pewnością umieli lepiej się orientować w terenie; umieli przewidzieć pogodę, mieli lepiej rozwinięty węch. Z pewnością byli też znacznie bardziej odporni na zimno, na ból, na choroby: bo kto nie był odporny, szybko umierał. Przecież przed odkryciem antybiotyków grypa czy zapalenie płuc mogły być śmertelną chorobą.
I jeszcze jedna umiejętność, którą może tracimy: to umiejętność czekania.
Ktoś nazwał naszą cywilizację „cywilizacją instant”. Bo kiedy chcemy napić się kawy nie zaczynamy od mielenia ziaren, rozpalania ognia, oczekiwania, aż się zaparzy – po prostu zalewamy wodą łyżeczkę proszku; albo – jeszcze wygodniej – dusimy na guzik. To samo dotyczy oglądania filmów: dawniej trzeba było czekać, aż będzie wyświetlany w kinie czy telewizji; teraz zależy tylko od nas, co i kiedy oglądamy. Jemy owoce przez cały rok i nie wiemy, co to znaczy, czekać na wiosnę, żeby jeść truskawki, czekać na sałatę czy pomidory.
Postęp nie jest czymś złym, ale przynosi znacznie więcej niż to, z czego sobie zdajemy sprawę; nasze wybory mają konsekwencje, które zrozumiemy dopiero po pewnym czasie. I tak, dzięki wszystkim ułatwieniom życia, które mamy, powoli zapominamy, co to znaczy czekać.
I oto Adwent: okres liturgiczny, który wzywa nas, by wejść w ten wymiar, niemal zapomniany: by uczyć się czekać.
Ale może nie zastanawiamy się wystarczająco nad tym, że jest też druga strona medalu: nauczyliśmy się bardzo wiele, ale też bardzo wielu rzeczy się oduczyliśmy.
Na przykład, nasi przodkowie, którzy żyli w bardzo bliższym kontakcie z naturą, z pewnością umieli lepiej się orientować w terenie; umieli przewidzieć pogodę, mieli lepiej rozwinięty węch. Z pewnością byli też znacznie bardziej odporni na zimno, na ból, na choroby: bo kto nie był odporny, szybko umierał. Przecież przed odkryciem antybiotyków grypa czy zapalenie płuc mogły być śmertelną chorobą.
I jeszcze jedna umiejętność, którą może tracimy: to umiejętność czekania.
Ktoś nazwał naszą cywilizację „cywilizacją instant”. Bo kiedy chcemy napić się kawy nie zaczynamy od mielenia ziaren, rozpalania ognia, oczekiwania, aż się zaparzy – po prostu zalewamy wodą łyżeczkę proszku; albo – jeszcze wygodniej – dusimy na guzik. To samo dotyczy oglądania filmów: dawniej trzeba było czekać, aż będzie wyświetlany w kinie czy telewizji; teraz zależy tylko od nas, co i kiedy oglądamy. Jemy owoce przez cały rok i nie wiemy, co to znaczy, czekać na wiosnę, żeby jeść truskawki, czekać na sałatę czy pomidory.
Postęp nie jest czymś złym, ale przynosi znacznie więcej niż to, z czego sobie zdajemy sprawę; nasze wybory mają konsekwencje, które zrozumiemy dopiero po pewnym czasie. I tak, dzięki wszystkim ułatwieniom życia, które mamy, powoli zapominamy, co to znaczy czekać.
I oto Adwent: okres liturgiczny, który wzywa nas, by wejść w ten wymiar, niemal zapomniany: by uczyć się czekać.
- Szczegóły
- Odsłon: 948
14 sierpnia zawalił się wiadukt w Genui, przechodzący nad miastem, nad domami, zakładami pracy, torami kolejowymi… Zawalił się, niszcząc życie wielu ludzi; kilka sekund trwała ta katastrofa, której świadkowie mówili z przerażeniem, jako o czymś, co było jednocześnie niespodziewane i oczekiwane. Wzbudziła ona oczywiście wiele polemik, dotyczących poszukiwania rozwiązań dla osób, które straciły mieszkanie i dla całego miasta; a także odpowiedzialności za wypadek i za wypłacanie odszkodowań.
Ale w filmie z pierwszych chwil katastrofy uderzył wszystkich krzyk świadka: był on w stanie powiedzieć tylko, cztery razy, „O Boże”, a potem jeszcze „O święty Boże”; a zaraz potem wykrzyknął przekleństwa przeciw tej okrutnej tragedii. Dramatyczna ludzka słabość spontanicznie wzywa świętości Boga; wobec każdego zagrożenia, które dotyka niepohamowanego pragnienia nieskończoności, człowiek doświadcza nieuchronnej ograniczoności stworzenia. Ale kiedy zagrożenie wypływa z dzieła ludzkiego geniuszu, przywołuje się błąd, odpowiedzialność kogoś, kto powinien był nie dopuścić do tragedii; i wtedy, wobec świętości Boga, do którego instynktywnie się zwracamy, nasza ludzka natura musi liczyć się z własnymi aspiracjami i wymaganiami; i z tym, jak używamy zdolności i zasobów, które mamy do dyspozycji.
Z upływem dni i tygodni, kiedy miasto z wysiłkiem stara się wrócić do codziennego rytmu życia, trwa śledztwo, urząd miasta podejmuje decyzje, rozwijają się dyskusje polityczne, eksperci przedstawiają swoje opinie; ktoś nawet przywołał rzymską technikę budowy mostów, z materiałów, które się nie niszczyły i z użyciem konstrukcji łuku, a nie architrawu, te budowle przetrwały wieki.
Ale kiedy minęły emocje pierwszych momentów, w których przewidywano „odbudowę w ciągu 5-8 miesięcy”, teraz powstają projekty bardziej realistyczne: „będzie potrzeba roku, ale za to most przetrwa tysiąc lat, bo mosty nie mogą się zawalać, są symbolem, który łączy” – jak stwierdził włoski architekt i senator, Renzo Piano. I znowu, chodzi tu o rozliczne zasoby, o złożone dynamiki zdolności, współpracy, relacji, ambicji i interesów, sprzecznych lub dopełniających się. Zresztą wiadomo, że bez innowacji, bez ryzyka, które z niej wypływa i bez niezliczonych upadków w długiej historii ludzkości, nie moglibyśmy dziś podziwiać arcydzieł egipskich, rzymskich, chińskich, gotyckich… Ale aktualny postęp technologiczny, konieczny dla zaspokojenia potrzeb, dla tworzenia dobrobytu, oznacza także konieczność uwzględniania elementów ryzyka, które nie istniały jeszcze dwa wieki temu. Chodzi o zanieczyszczenie środowiska i wzrost ruchu drogowego, które oczywiście oznaczają konieczność ciągłej innowacji i konserwacji; nie można ich oderwać od odpowiedzialności człowieka i nie można ich powierzyć tylko algorytmom. Z drugiej strony, szybkość działania i zużywania się struktur ma też poważny wpływ na słabość fizyczną i psychiczną człowieka.
Także dzisiaj więc, a może nawet coraz bardziej, jeśli chodzi o przyszłość, technologia będzie potrzebowała człowieka, zdolnego do przyjęcia zadania dobrego zarządcy stworzonego świata. Ale w dramatycznym momencie upadku mostu, tak ja w wielu innych katastrofach, spowodowanych nieodpowiedzialnością, nieskutecznością czy winą człowieka, przychodzą do głowy słowa psalmu 8, którego autor tak zwracał się do Boga:
Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
i czym - syn człowieczy, że się nim zajmujesz?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich,
chwałą i czcią go uwieńczyłeś.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich;
złożyłeś wszystko pod jego stopy:
owce i bydło wszelakie, a nadto i polne stada,
ptactwo powietrzne oraz ryby morskie,
wszystko, co szlaki mórz przemierza.
O Panie, nasz Panie,
jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi!
Kiedy myślę o tych słowach, coraz bardziej rozumiem, że psalmista myślał o panowaniu człowieka nad naturą, rozumianą jako dzieło Boga. Bóg z zaufaniem powierza to panowanie genialności człowieka; ale panowanie nad dziełem własnych rąk człowiek musi zdobyć samodzielnie i odpowiedzialnie. Podobnie inny psalm, po stwierdzeniu niepewności istnienia człowieka, kończy, zwracając się do Boga:
I wspieraj pracę rąk naszych,
wspieraj dzieło rąk naszych! (Ps 90, 17)
- Szczegóły
- Odsłon: 2628
„Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście.” (1 Kor 3, 16-17)
Każdy z nas jest świątynią, świątynią, którą sam Bóg tworzy, jeśli tylko mu na to pozwolimy. Kładziemy fundament i kamienie, z których powoli On powoli tworzy to, kim jesteśmy. Nie znaczy to, że mamy być bezczynni i bez własnej inicjatywy. Wręcz przeciwnie, bez naszego zaangażowania nic się nie będzie posuwać naprzód. Mamy oddawać Bogu to, co mamy a przy tym mieć inicjatywę, pomysł na siebie. Często jednak zdarza się, że budujemy coś źle, stawiamy ołtarz nie tam, gdzie trzeba. Zazwyczaj wtedy pojawia się kryzys, który coś nam niszczy, coś miesza w naszym życiu. Te sytuacje pojawiają się, gdy Pan Bóg chce nam powiedzieć: „Uważaj, to nie tak powinno być. Te kamienie miały być gdzie indziej. Jak je tu położysz, budowla nie przetrwa”. I zazwyczaj burzy coś, co sobie błędnie układaliśmy, by dać szansę na wybudowanie od nowa, tym razem już jak należy.
Ale świątynią nie jest tylko pojedyncza osoba. Świątynią jest też Kościół, jako wspólnota osób, małych świątyń. Każda z nich jest kamieniem, który współtworzy całość. Jedni są drogocennymi kryształami, inni mniej lub bardziej popękanymi, zabrudzonymi, niekształtnymi… ale każdy jest niezbędny. Już Pan Bóg wie kogo i gdzie umieścić. Każdy z nas ma jakiś swój pomysł również na tą świątynię. Wydaje nam się, że taki układ a nie inny będzie dobry, że z takich a nie innych materiałów powinna być zbudowana. Czy jednak czasem nie bawimy się w Pana Boga odrzucając kamienie, które według nas nie pasują do godności świątyni? A może nawet nadają się na zniszczenie, na przykład poprzez pogardę, zwyczajne zdanie w stylu: "jak możesz tak myśleć?!" Ale Pan Bóg je przyjmuje, wie, gdzie chce je mieć i jaki z nich zrobić użytek, więc co nam do tego? Nie ważne czy jest jak krystalicznie czysty diament i nadaje się na ozdobienie ołtarza, czy ma w sobie rysy, których nie da się zatuszować i nadaje się według naszego mniemania tylko na tak zwaną „zapchajdziurę”. Jesteśmy jednością i jako Kościół, i jako Naród. I chyba tej jedności wypadałoby nam sobie życzyć dzisiaj najbardziej.
Każdy z nas jest świątynią, świątynią, którą sam Bóg tworzy, jeśli tylko mu na to pozwolimy. Kładziemy fundament i kamienie, z których powoli On powoli tworzy to, kim jesteśmy. Nie znaczy to, że mamy być bezczynni i bez własnej inicjatywy. Wręcz przeciwnie, bez naszego zaangażowania nic się nie będzie posuwać naprzód. Mamy oddawać Bogu to, co mamy a przy tym mieć inicjatywę, pomysł na siebie. Często jednak zdarza się, że budujemy coś źle, stawiamy ołtarz nie tam, gdzie trzeba. Zazwyczaj wtedy pojawia się kryzys, który coś nam niszczy, coś miesza w naszym życiu. Te sytuacje pojawiają się, gdy Pan Bóg chce nam powiedzieć: „Uważaj, to nie tak powinno być. Te kamienie miały być gdzie indziej. Jak je tu położysz, budowla nie przetrwa”. I zazwyczaj burzy coś, co sobie błędnie układaliśmy, by dać szansę na wybudowanie od nowa, tym razem już jak należy.
Ale świątynią nie jest tylko pojedyncza osoba. Świątynią jest też Kościół, jako wspólnota osób, małych świątyń. Każda z nich jest kamieniem, który współtworzy całość. Jedni są drogocennymi kryształami, inni mniej lub bardziej popękanymi, zabrudzonymi, niekształtnymi… ale każdy jest niezbędny. Już Pan Bóg wie kogo i gdzie umieścić. Każdy z nas ma jakiś swój pomysł również na tą świątynię. Wydaje nam się, że taki układ a nie inny będzie dobry, że z takich a nie innych materiałów powinna być zbudowana. Czy jednak czasem nie bawimy się w Pana Boga odrzucając kamienie, które według nas nie pasują do godności świątyni? A może nawet nadają się na zniszczenie, na przykład poprzez pogardę, zwyczajne zdanie w stylu: "jak możesz tak myśleć?!" Ale Pan Bóg je przyjmuje, wie, gdzie chce je mieć i jaki z nich zrobić użytek, więc co nam do tego? Nie ważne czy jest jak krystalicznie czysty diament i nadaje się na ozdobienie ołtarza, czy ma w sobie rysy, których nie da się zatuszować i nadaje się według naszego mniemania tylko na tak zwaną „zapchajdziurę”. Jesteśmy jednością i jako Kościół, i jako Naród. I chyba tej jedności wypadałoby nam sobie życzyć dzisiaj najbardziej.
