- Szczegóły
- Odsłon: 1842
A właściwie, to kto wymyślił składanie życzeń? Starożytni Rzymianie? Starożytni Egipcjanie? I kto wymyślił, że należy je składać w określonych dniach roku: z okazji urodzin, z okazji takich czy innych świąt? To ciekawy temat, ale na inną okazję.
W każdym razie, w czasach zdecydowanie bliższych, zostały wymyślone pocztówki z życzeniami – ponieważ jest tam mało miejsca na pisanie, więc wystarczą dwa zdania, nie trzeba się wysilać na list. W pewnym momencie wydawało się, że i pocztówki odejdą w niepamięć: kiedy „wszyscy” zaczęli używać maili, a więc można było przesyłać tekst, ale nie obrazy. Ale rozwój techniczny środków komunikacji pozwolił na przesyłanie obrazu i oto – triumfalny powrót pocztówek, z bardziej lub mniej pięknymi obrazami, z gotowymi życzeniami – wystarczy podpisać i kliknąć, żeby wysłać.
Można je wysyłać na święta osobiste, typu urodziny, na święta wspólne, albo i bez okazji: na przykład, by życzyć dobrego dnia.
W tych dniach będzie krążyć po internecie wiele pocztówek z życzeniami, z okazji... no właśnie, czego? Z okazji Wielkiejnocy. Albo z ogólnikowej okazji „wesołych świąt”. Albo z powodu wiosny. I bardzo dobrze, każdy może świętować to, co chce i dzielić się tą radością z rodziną i znajomymi. I każdy może wybrać obrazek, który najlepiej pasuje, albo się podoba, albo po prostu jest pierwszy, który wyskoczył w wyszukwarce. Ktoś wyśle pocztówkę z kurczaczkiem, ktoś inny z kolorywymi jajkami czy królikem, albo z postacią w białej szacie, z promieniami światła, wychodzącą z ciemnej przestrzeni (z groty? z ukrycia? z grobu?).
Każdy więc może wysyłać takie obrazki, jakie lubi, jakie się podobają, jakie sprawią przyjemność adresatom... oczywiście. Ale jeżeli to święto oznacza zmartwychwstanie Jezusa, to może moglibyśmy pomyśleć o Nim i wyrazić to przez pocztówkę, jaką wyślemy – o Nim, a nie o uroczych króliczkach z bukietami kwiatów, albo z pisankami? W końcu, to Jego święto, a nie święto króliczków i pisanek...
- Szczegóły
- Odsłon: 976
W połowie Wielkiego Posto liturgia przypomina nam, że w perspektywie paschalnej święto jest częścią codziennego życia, chociaż droga może być trudna. „Radujcie się wraz z Jerozolimą, weselcie się w niej wszyscy, co ją miłujecie! Cieszcie się z nią bardzo wy wszyscy, którzyście się nad nią smucili” (Iż 66, 10). Ale w przypowieści o miłosiernym ojcu widzimy, że święto jest świętem ojca, że to on stara się, aby obaj synowie uczestniczyli w radości, która sprawia, że czują się częścią rodziny: sprawiając, że dzielą jego miłość, sprawia, że stają się synami i są zdolni do tego, by widzieć w sobie braci.
Młodszy brat roztrwonił swoją część dziedzictwa „w dalekich stronach” (Łk 15, 13); doświadczył głodu i mógł tylko „zastanowić się” – dosłownie „wrócić do siebie” (v. 17). Zdecydował, że wróci do ojca tylko po to, by pracować jako najemnik, nieświadomy niewyczerpanej kreatywności miłości, która przezwycięża odległość (w. 20). Synostwo jest mu dane w sposób darmowy i nadobfity, skoro ojciec daje mu do ręki – z pierścieniem (w. 20) – cały swój majątek, nie tylko tę część, której się domagał tylko dla siebie, żądając, by ojciec podzielił majątek między synów (w. 12). A ojciec znowu jednoczy majątek i jednoczy rodzinę, przypominając, że to, co należy do niego, należy także do każdego z synów. (w. 31).
Księga Rodzaju pokazuje, że świat został powierzony człowiekowi; dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek możemy odczuć swoją współodpowiedzialność za ekosystem.
Dzisiaj młodzi ekolodzy manifestują i wzywają rządy do działania, nauka proponuje nowe rozwiązania; a Bóg Stwórca pokazuje swoje działanie: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię – zapewnia nas liturgia, dzień po niedzieli, w której czytaliśmy o Ojcu miłosiernym - nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą. Przeciwnie, będzie radość i wesele na zawsze z tego, co Ja stworzę; bo oto Ja uczynię z Jerozolimy wesele i z jej ludu - radość.” (Iz 65, 17-18). Święto wiec oznacza nowe stworzenie, wynikające z tajemnicy paschalnej, ku której zmierzamy w czasie Wielkiego Postu. Oczekiwanie na to, co Bóg chce stworzyć, oznacza pytanie, z którym oczekiwano na przybycie Jezusa na Paschę: „Cóż wam się zdaje? Czyżby nie miał przyjść na święto?” (J 11, 56).
A więc święto organizuje Ojciec, który zaprasza synów do uczestniczenia i nie chce cieszyć się bez nich; czyni z nich synów dzięki Synowi Jednorodzonemu: to Chrystus włącza nas do swojej jedności z Ojcem, ucząc nasz modlitwy „Ojcze nasz”.
W przypowieści Łukasza to nie tylko młodszy syn ma się przekształcić ze sługi w syna, ale i starszy. Starszy syn zawsze czuł się dobrym służącym, który pilnie pracuje i któremu należy się nagroda, ale nie dostaje nawet koźlęcia (nie tylko tłustego cielca!), aby urządzić święto z przyjaciółmi… jego żal dotyczy więc niezrealizowanego święta, ale miał on na myśli nie świętowanie z Ojcem (co oznacza także włączenie osób tego niegodnych), ale święta zarezerwowanego dla wybranych przyjaciół… To żal człowieka pracowitego i pełnego urazy, niezdolnego do poczucia przynależności do rodziny: do uznania, że majątek ojca należy też do niego i do pracy z radością.
Święto dla syna, który wraca do domu to, w Ewangelii Łukasza (rozdział 15), punkt dojścia: wcześniej jest święto z okazji zgubionej owcy i z okazji zgubionej drachmy. A okazją dla opowiedzenia tych trzech przypowieści było dla Jezusa przybywanie celników i grzeszników, którzy przychodzili, by Go słuchać (w. 1). To wybór nawrócenia, który na sprawia, że na końcu rozdziału budzi się wątpliwość: być może tym, który nie bierze udziału w święcie jest właśnie syn, który pracował na polach Ojca, ale nie znał Go wystarczająco: nie poznał Go sercem.
Młodszy brat roztrwonił swoją część dziedzictwa „w dalekich stronach” (Łk 15, 13); doświadczył głodu i mógł tylko „zastanowić się” – dosłownie „wrócić do siebie” (v. 17). Zdecydował, że wróci do ojca tylko po to, by pracować jako najemnik, nieświadomy niewyczerpanej kreatywności miłości, która przezwycięża odległość (w. 20). Synostwo jest mu dane w sposób darmowy i nadobfity, skoro ojciec daje mu do ręki – z pierścieniem (w. 20) – cały swój majątek, nie tylko tę część, której się domagał tylko dla siebie, żądając, by ojciec podzielił majątek między synów (w. 12). A ojciec znowu jednoczy majątek i jednoczy rodzinę, przypominając, że to, co należy do niego, należy także do każdego z synów. (w. 31).
Księga Rodzaju pokazuje, że świat został powierzony człowiekowi; dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek możemy odczuć swoją współodpowiedzialność za ekosystem.
Dzisiaj młodzi ekolodzy manifestują i wzywają rządy do działania, nauka proponuje nowe rozwiązania; a Bóg Stwórca pokazuje swoje działanie: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię – zapewnia nas liturgia, dzień po niedzieli, w której czytaliśmy o Ojcu miłosiernym - nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą. Przeciwnie, będzie radość i wesele na zawsze z tego, co Ja stworzę; bo oto Ja uczynię z Jerozolimy wesele i z jej ludu - radość.” (Iz 65, 17-18). Święto wiec oznacza nowe stworzenie, wynikające z tajemnicy paschalnej, ku której zmierzamy w czasie Wielkiego Postu. Oczekiwanie na to, co Bóg chce stworzyć, oznacza pytanie, z którym oczekiwano na przybycie Jezusa na Paschę: „Cóż wam się zdaje? Czyżby nie miał przyjść na święto?” (J 11, 56).
A więc święto organizuje Ojciec, który zaprasza synów do uczestniczenia i nie chce cieszyć się bez nich; czyni z nich synów dzięki Synowi Jednorodzonemu: to Chrystus włącza nas do swojej jedności z Ojcem, ucząc nasz modlitwy „Ojcze nasz”.
W przypowieści Łukasza to nie tylko młodszy syn ma się przekształcić ze sługi w syna, ale i starszy. Starszy syn zawsze czuł się dobrym służącym, który pilnie pracuje i któremu należy się nagroda, ale nie dostaje nawet koźlęcia (nie tylko tłustego cielca!), aby urządzić święto z przyjaciółmi… jego żal dotyczy więc niezrealizowanego święta, ale miał on na myśli nie świętowanie z Ojcem (co oznacza także włączenie osób tego niegodnych), ale święta zarezerwowanego dla wybranych przyjaciół… To żal człowieka pracowitego i pełnego urazy, niezdolnego do poczucia przynależności do rodziny: do uznania, że majątek ojca należy też do niego i do pracy z radością.
Święto dla syna, który wraca do domu to, w Ewangelii Łukasza (rozdział 15), punkt dojścia: wcześniej jest święto z okazji zgubionej owcy i z okazji zgubionej drachmy. A okazją dla opowiedzenia tych trzech przypowieści było dla Jezusa przybywanie celników i grzeszników, którzy przychodzili, by Go słuchać (w. 1). To wybór nawrócenia, który na sprawia, że na końcu rozdziału budzi się wątpliwość: być może tym, który nie bierze udziału w święcie jest właśnie syn, który pracował na polach Ojca, ale nie znał Go wystarczająco: nie poznał Go sercem.
- Szczegóły
- Odsłon: 888
Każdy nauczyciel w Indiach zna definicję edukacji Gandhiego: “Dla mnie edukacja to całościowe wspieranie tego, co najlepsze w dziecku i w człowieku, w ciele, umyśle i duchu”. Ale dzisiaj w Indiach, w kraju wielojęzycznym i wielonarodowym, gdzie postęp technologiczny nie zmniejsza nierówności społecznej, najczęściej myśli się o edukacji jako o nauce czytania i pisania oraz o kształceniu zawodowym.
W parafialnej szkole, w której uczę, obserwuję rodziców (chrześcijan i nie tylko) żyjących w skromnych warunkach, którzy przyprowadzają do nas dzieci, mając nadzieję, że dzięki ich wykształceniu dostąpią awansu społecznego. Widziałam, na przykład, bardzo biedych robotników, pragnących, by ich dzieci osiągnęły sukces – na miarę bohaterów filmowych. Mają oni wielkie oczekiwania, jednak my, nauczyciele, powinniśmy mierzyć jeszcze wyżej: aby – jak powiedział Gandhi – wydobyć z dzieci to, co w nich najlepsze, z punktu widzenia fizycznego, umysłowego i duchowego.
Wrażliwość na dobro wspólne i szacunek dla środowiska to ważne elementy wychowania, które staramy się przekazać dzieciom w szkole. W pierwszych dniach pracy zauważyłam, że po przerwie śniadaniowej trzej woźni mieli wiele pracy, by pozbierać śmieci, które dzieci rzucały na ziemię. Następnego dnia poleciłam dzieciom, żeby używały koszów na śmieci; było to oficjalne ogłoszenie, przez głośnik. Sytuacja trochę się poprawiła, ale nie bardzo. Potem, w czasie zebrania nauczycieli, postanowiliśmy, że zachęcimy dzieci do utrzymywania klas w czystości, wprowadzając nagrodę za najczystszą klasę. I tak obecnie niektóre z dzieci zaczęły być bardziej uważne, zwłaszcza te z trzeciej i czwartej klasy. Rozglądają się, żeby zobaczyć, czy są śmieci i wrzucają je do kosza, ciesząc się, że zostają docenione i obdarzone uśmiechem. Mam nadzieję, że to, czego się nauczyły, w nich zostanie i że w przyszłości, kiedy dorosną, będą miały obywatelskie poczucie odpowiedzialności i będą troszczyły się o dobro wspólne. Jest to ogromnie ważne w Indiach, państwie, gdzie toczy się walka z marnowaniem zasobów i zatruwaniem środowiska na szeroką skalę.
Nawet małe światełka są ważne, aby świat stał się piękniejszy.
W parafialnej szkole, w której uczę, obserwuję rodziców (chrześcijan i nie tylko) żyjących w skromnych warunkach, którzy przyprowadzają do nas dzieci, mając nadzieję, że dzięki ich wykształceniu dostąpią awansu społecznego. Widziałam, na przykład, bardzo biedych robotników, pragnących, by ich dzieci osiągnęły sukces – na miarę bohaterów filmowych. Mają oni wielkie oczekiwania, jednak my, nauczyciele, powinniśmy mierzyć jeszcze wyżej: aby – jak powiedział Gandhi – wydobyć z dzieci to, co w nich najlepsze, z punktu widzenia fizycznego, umysłowego i duchowego.
Wrażliwość na dobro wspólne i szacunek dla środowiska to ważne elementy wychowania, które staramy się przekazać dzieciom w szkole. W pierwszych dniach pracy zauważyłam, że po przerwie śniadaniowej trzej woźni mieli wiele pracy, by pozbierać śmieci, które dzieci rzucały na ziemię. Następnego dnia poleciłam dzieciom, żeby używały koszów na śmieci; było to oficjalne ogłoszenie, przez głośnik. Sytuacja trochę się poprawiła, ale nie bardzo. Potem, w czasie zebrania nauczycieli, postanowiliśmy, że zachęcimy dzieci do utrzymywania klas w czystości, wprowadzając nagrodę za najczystszą klasę. I tak obecnie niektóre z dzieci zaczęły być bardziej uważne, zwłaszcza te z trzeciej i czwartej klasy. Rozglądają się, żeby zobaczyć, czy są śmieci i wrzucają je do kosza, ciesząc się, że zostają docenione i obdarzone uśmiechem. Mam nadzieję, że to, czego się nauczyły, w nich zostanie i że w przyszłości, kiedy dorosną, będą miały obywatelskie poczucie odpowiedzialności i będą troszczyły się o dobro wspólne. Jest to ogromnie ważne w Indiach, państwie, gdzie toczy się walka z marnowaniem zasobów i zatruwaniem środowiska na szeroką skalę.
Nawet małe światełka są ważne, aby świat stał się piękniejszy.
- Szczegóły
- Odsłon: 927
Christopher Galfard, Wszechświat w twojej dłoni, tłum. S. Paruszewski, Kraków, Otwarte, 2017
Pytanie o Wszechświat jest fascynujące, bo wymaga myślenia jednocześnie w dwóch kierunkach: o tym, co największe i o tym, co najmniejsze. Tym „największym” jest oczywiście sam Wszechświat. Oczywiście – a może jednak nie? A jeśli to, co nazywamy „Wszechświatem” jest tylko jednym z elementów czegoś większego? A tym „najmniejszym” – to, z czego on się składa, czyli – no właśnie, co? nie wiemy, ale w każdym razie pytamy o „cząsteczki elementarne” , chociaż potem może się okazać, że to, co wydawało się „elementarne” jednak się dzieli, a więc nie jest tym ostatecznym budulcem wszystkiego; i że to wcale nie są cząsteczki, ale fale. Albo pola . Albo struny . Albo… jeszcze nie wiemy, co.
Christopher Galfard pisze właśnie o tym. Udaje mu się mówić językiem słów o rzeczach, o których normalnie naukowcy wyrażają się językiem równań matematycznych. Autor obiecał we wstępie, że jedynym równaniem będzie równanie Einsteina E=mc2 (które wyraża związek między energią E, masą m i prędkością światła c) i obietnicy dotrzymał. Stara się też, by książka była zrozumiała dla każdego czytelnika i udało mu się to, chociaż pewnie wielu czytelników będzie czytało ją po małym kawałku, albo kilka razy.
Autor zaprasza nas w podróż po wszechświecie znanym współczesnej nauce. Zaczynamy od układu słonecznego, galaktyki – by dojść do wszechświata jako całości. Dochodzimy do granicy czarnych dziur. Podrózujemy z prędkością światła. Zmniejszamy się, by obserwować świat cząsteczek elementarnych, z prawami, które całkowicie zaprzeczają naszej logice. A potem - kiedy kończy się podróż przez to, co znane i czytelnik z wysiłkiem stara się utrzymać w pamięci informacje o oddziaływaniach silnych i słabych , fotonach , kwarkach i neutrinach, o tym, że grawitacja to nie siła, ale zagięcie czasoprzestrzeni – nagle otwiera się zupełnie nowa przestrzeń: tego, co nieznane. Autor przedstawia tu problemy, których aktualne teorie nie potrafią rozwiązać i przedstawia niektóre z nowychteorii, które – być może – przyniosą odpowiedź. I to jest naprawdę zdumiewające.
I tego nieznanego jest znacznie, ale to znacznie więcej.
Bo tak: z ruchu galaktyk można obliczyć, jaka jest ich masa. Ale jeżeli zsumujemy masę wszystkich gwiazd, planet i pyłu między nimi – to jest ich zdecydowanie za mało. A to oznacza, że istnieje jakaś materia, której nie umiemy w żaden sposób zauważyć, zarejestrować, zmierzyć – ale istnieje. Jest ona nazwana „ciemną materią”. To samo dotyczy energii; więc ostatecznie to wszystko, co znamy: galaktyki, światło, inne rodzaje promieniowania – jeżeli to podliczymy, to jest tego tylko X procent wszechświata. Reszta to ciemna materia i ciemna energia…To z jednej strony stresujące, z drugiej fascynujące – tyle jeszcze do odkrycia, do zrozumienia!
Efektem jest lekki zawrót głowy i podziw dla ludzi, którzy to rozumieją, którzy to wymyślają.
Autor jest fizykiem i pozostaje w ramach fizyki: nie zadaje pytań o absolutny początek wszystkiego, o istnienie (lub nie) inteligentego projektu, o to, czy ewolucja przebiega w sposób przypadkowy czy celowy – bo to pytania filozoficzne, światopoglądowe, religijne – ale nie ściśle naukowe.
Kiedyś wydawało się, że wiara i nauka są w konflikcie i że ten konflikt jest nieunikniony; że naukowiec, który bada prawa przyrody, nie potrzebuje Boga. A nawet, że poznanie praw przyrody wyklucza Boga, „udowadnia” Jego nieistnienie. Szczęśliwie, ten okres napięcia już minął. Dzisiaj można z zachwytem zagłębiać się w strukturę wszechświata i równocześnie chwalić Boga – jego Stwórcę.
- Szczegóły
- Odsłon: 866
Edukacja to prawo człowieka, to dobro wspólne i wspólna odpowiedzialność.
Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych ogłosiło 24 stycznia Międzynarodowym Dniem Edukacji, aby świętować rolę edukacji dla pokoju i rozwoju.
Bez edukacji, włączającej, równej, o dobrej jakości i dostępnej dla wszystkich w ciągu całego życia, krajom nie uda się osiągnąć równości płci i przełamać cyklu ubóstwa, który prowadzi do wykluczenia milionów dzieci, młodzieży i dorosłych.
Dzisiaj 262 miliony dzieci i młodzieży nadal nie chodzą do szkoły; 617 milionów dzieci i nastolatków nie umieją czytać i wykonywać podstawowych działań matematycznych; mniej niż 40 % dziewczyn w Afryce Subsaharyjskiej kończy szkołę średnią i około 4 miliony uchodźców – dzieci i młodziezy – jest poza szkołą. Ich prawo do edukacji jest pogwałcone i nie można tego akceptować.
W dniu, w którym świat obchodzi pierwszy Międzynarodowy Dzień Edukacji, UNESCO wzywa rządy i wszystkich swoich partnerów, aby powszechna edukacja o dobrej jakości stała się ich priorytetem.
Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych ogłosiło 24 stycznia Międzynarodowym Dniem Edukacji, aby świętować rolę edukacji dla pokoju i rozwoju.
Bez edukacji, włączającej, równej, o dobrej jakości i dostępnej dla wszystkich w ciągu całego życia, krajom nie uda się osiągnąć równości płci i przełamać cyklu ubóstwa, który prowadzi do wykluczenia milionów dzieci, młodzieży i dorosłych.
Dzisiaj 262 miliony dzieci i młodzieży nadal nie chodzą do szkoły; 617 milionów dzieci i nastolatków nie umieją czytać i wykonywać podstawowych działań matematycznych; mniej niż 40 % dziewczyn w Afryce Subsaharyjskiej kończy szkołę średnią i około 4 miliony uchodźców – dzieci i młodziezy – jest poza szkołą. Ich prawo do edukacji jest pogwałcone i nie można tego akceptować.
W dniu, w którym świat obchodzi pierwszy Międzynarodowy Dzień Edukacji, UNESCO wzywa rządy i wszystkich swoich partnerów, aby powszechna edukacja o dobrej jakości stała się ich priorytetem.
(https://en.unesco.org/commemorations/educationday, tłum. własne)
- Szczegóły
- Odsłon: 866
Mimo wszystkich apeli Komisji Europejskiej, podział 49 migrantów ze statków „Sea Watch” i „Sea Eye”, którzy mieli być rozdzieleni do krajów Unii Europejskiej, ciągle się blokował: minęło 18 dni od 22 grudnia i jeszcze nie było rozwiązania.
A w tym czasie 49 osób – mężczyźni, kobiety, dzieci – cierpiało, chociaż pewnie też dziękowali Bogu za to, że ocaleli na morzu i jeszcze bardziej za to, że wyszli żywi z więzienia w Libii.
Na Lampeduzie, w dniu Objawienia Pańskiego proboszcz wezwał, by nie zamykać się w strachu, ale by uwierzyć mocno, że legalność i miłość nie są sobie przeciwne, bo obie te wartości pochodzą z tej samej tradycji chrześcijańskiej i humanistycznej. Archidiecezja Agrigento stwierdziła następnie, w zgodzie z nauczaniem papieża Franciszka, że „wspólnota naprawdę europejska umie zobaczyć w ludziach, którzy proszą nas o pomoc nie wroga, którego trzeba odrzucić, ale okazję, by stać się bardziej ludzkimi i bardziej zjednoczonymi”; co może oznaczać, że da się pokonać podziały w Unii Europejskiej tylko powracając do podstawowych zasad „Wspólnoty Europejskiej”, przekraczając retorykę wartości, zarażonych strachem i egoizmem.
Wezwanie księdza Carmela sprawiło, że przypomniało mi się pięć dni, które w zeszłym roku spędziliśmy na Lampeduzie ze studentami z uniwersytetu Lumsa z Palermo. Studiują oni prawo, ekonomię i nauki polityczne i chcieli zobaczyć z bliska tę rzeczywistość, która w gazetach i w wypowiedziach polityków wydaje się tak niepokojąca. Na Lampeduzie spotkaliśmy osoby, które przyjmują migrantów: straż graniczną, pracowników Caritas i przede wszystkim mieszkańców Lampeduzy, którzy uczynili ze swojej niewielkiej i przepięknej wyspy latarnię nadziei: są oni prawdziwą Bramą Europy, małą, gościnną bramą wśród tylu murów zrobionych ze słów, wyzwisk, polemik i odrzucania odpowiedzialności.
Przed wizytą na Lampeduzie spotkaliśmy na uniwersytecie grupę migrantów: studenci byli pełni entuzjazmu, kiedy mówili im o Konstytucji Włoch, o prawach i obowiązkach obywateli, o warunkach, jakie należy spełnić, by szukać pracy lub by uczestniczyć w szkoleniach. Ale te spotkania były, przede wszystkim, pełne wzajemnej sympatii; studenci chcieli przekazać migrantom, że Włosi są narodem gościnnym i że cieszą się, że mogą ich przyjąć.
Dla studentów była to mała, ale radosna odpowiedź na wezwanie Papieża, by „przyjąć, chronić, pomagać i integrować”. Ta okazja pozwoliła usunąć przesądy i zrozumieć, że prawo solidarności, które „w jakiś sposób wkłada na naszą duszę ciężar braci, to słodkie prawo, prawo ludzkiego braterstwa i dziecięctwa Bożego, które nas łączy”, jak napisała założycielka Lumsy, Luigia Tincani.
Na Lampeduzie nasi studenci zobaczyli, że nawet jeżeli instytucje wydają się bezsilne, społeczeństwo umie się zmobilizować; dlatego mogli rozmawiać z migrantami, z radosnym przekonaniem, o wartościach, jakie Europa zdobyła po tylu konfliktach i horrorach, stawiając osobę ludzką w centrum.
Ale za każdym razem, kiedy dzieje się coś takiego, jak problem tych 49 rozbitków, miotanych na falach przez 19 dni, zadajemy sobie pytanie: jak jest możliwe prawo, która nie uwzględnia praw człowieka? Podobnie, wobec każdego wybrzeża i wobec każdego muru migranci mogą pytać, gdzie jest ta Europa, o której śnili; może wydawać się bardzo gorzkie i ironiczne uczestniczenie w kursach “wiedzy o społeczeństwie” (które są we Włoszech obowiązkowe), czy podpisywanie jakiejś “Karty wartości obywatelskich”.
A przecież, nawet jeśli prawa człowieka, zawarte w podręcznikach i w oficjalnych dokumentach wydają się nierealizowalną utopią, papież Franciszek nie przestaje wzywać do konkretnego, chrześcijańskiego zaangażowania, aby pokonać kulturę obojętności, która zatapia prawa człowieka w egoizmie. Wezwanie do szacunku dla praw człowieka to więcej niż utopia, to ewangeliczny zaczyn, który już działa w świecie: tak jest na Lampeduzie, tak na greckiej wyspie Lespo i w wielu innych miejscach, gdzie migranci, niezależnie od barier ideologicznych czy materialnych, spotykają ludzi i dzieją się cuda.
9 stycznia wreszcie 49 migrantów wylądowało na Malcie (10 z nich zosatało przyjętych przez włoski Kościół Waldensów, bez obciążeń finansowych dla państwa). Nocą z 9 na 10 stycznia 51 Kurdów zostało uratowanych przez mieszkańców Melissy (na południu Włoch). Udało im się też zatrzymać dwóch szmuglerów. Prawo i prawa człowieka nie wykluczają się nawzajem, jeżeli to czlowiek jest w centrum.
